Byłyśmy zszokowane. Przecież to nie sex shop! - oburzają się dziewczyny pracujące w jednym ze sklepów na południu Polski. Gdy się poskarżyłyśmy szefowej, usłyszałyśmy, że przesadzamy, a jak nam się nie podoba, to możemy zmienić pracę. Do salonów Tally Weijl chętnie zaglądają panowie. 26-letnią Izę młody mężczyzna zapytał, ile bierze za numerek. Inni pytają: Naprawdę jesteś taka odważna?. Puszczają oko, uśmiechają się ironicznie. Marta, koleżanka Izy, dodaje: Czuję się, jakbym stała na drodze i namawiała mężczyzn, żeby się ze mną przespali. Gdybym nie miała małego dziecka na utrzymaniu, rzuciłabym tę pracę - cytuje dziennik.
Ekspedientki zobowiązały się do noszenia firmowych strojów w umowie o pracę. Radzą więc sobie, jak mogą: na bluzki narzucają sweterki albo zakładają je przodem do tyłu. Wszystko po to, by nie było widać napisu. Prof. Andrzej Zoll, rzecznik praw obywatelskich, zapewnia, że zajmie się sprawą, jak tylko sprzedawczynie poproszą go o interwencję: To oburzające. Absolutny skandal i niewątpliwe nadużycie ze strony pracodawcy. Umowa nie może doprowadzać do kompromitowania własnych pracowników - przytacza wypowiedź rzecznika gazeta. (PAP)