WP

Wypadek w Puszczykowie. "Zginęli, bo próbowali uniknąć uszkodzeń"

- Oni zginęli, bo musieliby zapłacić kilkaset złotych za naprawę uszkodzeń karetki i rogatek. Próbowali tego uniknąć - mówi w rozmowie z WP ratownik medyczny, który jeździ karetką pogotowia. W ten sposób skomentował wypadek, do którego doszło w Puszczykowie. Karetka utknęła na przejeździe kolejowym i została zmiażdżona przez pociąg.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Tragiczny wypadek w Puszczykowie
Tragiczny wypadek w Puszczykowie (East News, Fot: Rafal Gaglewski/REPORTER)
WP

Dwa tragiczne wypadki z udziałem ambulansów wydarzyły się w środę. W Pruszkowie zginęła 9-letnia dziewczynka, w Puszczykowie - ratownik medyczny i lekarz, a drugi ratownik z ambulansu jest w śpiączce.

W Puszczykowie dramat rozegrał się na przejeździe kolejowym. Jak relacjonował jeden ze świadków, gdy karetka wjechała na przejazd, opuściła się jedna z rogatek. Chwilę po niej opuszczona została druga. Pojazd z dwoma ratownikami medycznymi i lekarzem utknął pomiędzy szlabanami. Kierowca karetki manewrował na przejeździe i próbował ustawić się równolegle do rogatek.

WP

W czwartek w sprawie wypadku śledztwo wszczęła Prokuratura Okręgowa w Poznaniu. Dotychczas ustalono, że od chwili wjazdu karetki na przejazd do momentu zderzenia minęło 40 sekund. Śledczy wyjaśnią, czy załoga karetki miała szansę uciec z pojazdu. Sprawdzą też, dlaczego kierowca nie sforsował szlabanu.

Zobacz także: Nietypowa inwestycja w Krakowie. Można podglądać sąsiadów

Nie wyłamali rogatki, bo mieliby problemy

WP

- Za każde uszkodzenie karetki nie wynikające z jej eksploatacji odpowiada kierowca ambulansu. Oni zginęli, bo musieliby zapłacić kilkaset złotych za naprawę uszkodzeń karetki i rogatki - komentuje w rozmowie z Wirtualną Polską kierowca karetki pogotowia, ratownik medyczny, który chce pozostać anonimowy.

- Istotne jest to, ze nie wyłamał rogatki, bo miałby strasznie dużo problemów. Pewnie myśleli, że mają jeszcze dużo czasu i zrobią coś, aby nie zapłacić za uszkodzenia. Niestety, czasu jak widać nie mieli - dodaje ratownik.

Na poparcie swojej tezy przypomina sytuację kobiety, która kierując nową karetką pogotowia wjechała w budynek. - Musiała z własnej kieszeni wyłożyć 2,5 tys. złotych na jej naprawę - opowiada.

Jego zdaniem szlabany powinny automatycznie otwierać się na dźwięk sygnału pojazdu uprzywilejowanego. - Powinien być też jakiś przycisk do szybkiego otwarcia rogatki. Wtedy uniknęliby tragedii - ocenia mężczyzna.

WP

Rzecznik Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu Robert Judek mówi Wirtualnej Polsce, że "bezpieczeństwo własne jest najważniejsze". - W takich dramatycznych sytuacjach nie patrzymy na uszkodzenia materialne. Trzeba ratować swoje życie. Ambulans można odnowić. Życia już się oddać nie da - komentuje.

I dodaje: - Odpowiedzialność cywilna jest oczywiście wszędzie. Ale myślę, że poszlibyśmy w tę stronę, by z ubezpieczenia naprawić ewentualnie ten szlaban.

Gaz w podłogę

Ambulans jadący na sygnale, może łamać przepisy ruchu drogowego, ale musi mieć oczy dookoła głowy. - Głównym problemem jest sytuacja, w której wiemy, że jest bardzo ciężki stan pacjenta, który nas wzywa. Chcemy dojechać jak najszybciej i niestety wtedy przy sporych prędkościach nie da się zobaczyć wszystkiego - przyznaje mężczyzna. A z prędkością bywa różnie.

WP

- Jak wpadamy na trasę, to jedzie się, ile fabryka dała. W centrum miasta trzeba uważać. Ale mimo to rozpędza się auto maksymalnie jak się da. Oczywiście tak, by wyhamować tuż przed skrzyżowaniem. Zasada jest prosta - po przejechaniu przez skrzyżowanie, gaz w podłogę - opowiada. I dodaje, że sam nieraz jechał 130 km/h przy ograniczeniu do 50 km/h.

Przyznaje, że niektórzy kierowcy karetek "gwiazdorzą". - Hamują na ostatnią chwilę, nie dostosowują prędkości do warunków na drodze lub możliwości auta. Zespół zawsze reaguje w takich sytuacjach - dodaje ratownik.

CZYTAJ TEŻ: Ma ratować życie, a może zrobić komuś krzywdę. "To fałszywy ratownik medyczny"

Stres i niska płaca

WP

- Stres jest ogromny, płaca malutka, za którą często nie można sobie pozwolić na dodatkowe ubezpieczenie, które pokryje takie zniszczenia w sprzęcie. Do tego dochodzi zmęczenie - kierowcy pracują po 12 godzin, następnie jadą do innej pracy i znów wracają na dyżur do karetki. To popularna praktyka - opowiada ratownik medyczny.

Jego zdaniem brakuje edukacji dla kierowców i wszystkich uczestników ruchu drogowego. Dlatego dochodzi do takich tragedii jak na przykład ta w Pruszkowie. To tu kierowca ambulansu potrącił 9-letnią dziewczynkę, która przechodziła przez przejście dla pieszych. Dziecko nie przeżyło.

- Jest to ogromna tragedia dla rodziców, ale także dla zespołu i samego kierowcy. My też przeżywamy wszystko, co się dzieje, a w szczególności wypadki. Z jednej strony winny jest kierowca, co nie ulega wątpliwości. Chciałbym jednak spojrzeć na to z drugiej strony. Dziecko miało 9 lat, gdzie byli jego opiekunowie w momencie, gdy weszło na przejście dla pieszych? - zastanawia się ratownik medyczny.

- Jadąc karetką, która ma naprawdę donośny sygnał mam prawo przypuszczać, że ludzie słyszą i widzą poruszającą się karetkę, więc nie powinni wchodzić na drogę - ocenia. I zapewnia: - My naprawdę staramy się jak najszybciej dojechać i pomóc osobie poszkodowanej, i z naszej perspektywy społeczeństwo robi często wiele głupich rzeczy, taki jak zajeżdżanie drogi, blokowanie, wchodzenie przed pojazd. Co często naprawdę robi wiele złego.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Polub WP Wiadomości
WP
WP