To podważa sens reformy MEN? "Te dane są miażdżące"

Z raportu "Pierwszoklasista 2014" przeprowadzonego przez Instytut Badań Edukacyjnych w roku szkolnym 2014/2015 wynika, że sześciolatki mają gorsze wyniki w nauce od siedmiolatków. - Te dane są miażdżące dla autorów reformy obniżenia wieku szkolnego - alarmuje w rozmowie z WP Tomasz Elbanowski, założyciel Fundacji Rzecznik Praw Rodziców oraz inicjator akcji "Ratuj Maluchy". - Z badania wynika, że różnice są niewielkie, mniejsze niż różnice wynikające z wykształcenia rodziców i ich pozycji społecznej. W żadnym wypadku nie ma podstaw do alarmowania, że jest jakaś klęska - odpowiada Natalia Skipietrow rzecznik IBE.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Tomasz Elbanowski
Tomasz Elbanowski (PAP, Fot: Jacek Turczyk)

W tym roku cały rocznik sześciolatków musiał obowiązkowo pójść do pierwszej klasy. Dla porównania w poprzednim do szkoły poszła jedynie połowa. Tomasz Elbanowski, który od 2009 roku toczy z Ministerstwem Edukacji Narodowej walkę o to, by rodzice sami decydowali w kwestii wcześniejszej edukacji swoich dzieci, podkreśla, że w większości krajów europejskich dzieci muszą mieć skończone 6 lat, by pójść do szkoły. W Polsce stosuje się natomiast kryterium rocznika, a nie rzeczywistego wieku.

- Przypomina to trochę brankę do wojska, gdzie idzie cały rocznik. Najmłodsze z tych dzieci nie mają jeszcze nawet skończonych 6 lat, a i tak trzeba je było posłać do szkoły. Tym samym nie mają szans, by sprostać wymaganiom, jakie się przed nimi stawia. To z kolei rzutuje na kolejne etapy ich kształcenia i rozwoju - mówi inicjator akcji "Ratuj Maluchy".

Z badań przeprowadzonych przez Instytut Badań Edukacyjnych wynika, że sześciolatki, które w zeszłym roku poszły do pierwszej klasy, radzą sobie gorzej, niż dzieci siedmioletnie. Ich problemy dotyczą głównie koordynacji wzrokowo-ruchowej, panowania nad emocjami, czytania, pisania oraz zdolności matematycznych. Co dziesiąty sześciolatek może również wymagać fachowej pomocy.

Twórcy raportu przekonują jednak, że "wcześniejsze pójście do szkoły może oznaczać większe szanse rozwojowe przede wszystkim dla dzieci z rodzin z niższym statusem wykształcenia rodziców". Zdaniem Fundacji Rzecznik Praw Rodziców badania IBE pokazują jednak coś zupełnie przeciwnego i podważają samą istotę wprowadzenia reformy.

- To typowo propagandowe stwierdzenie. Raport pokazuje, że dzieci z trudnych środowisk wcześniej wysłane do szkoły nie mogą liczyć na wsparcie i radzą sobie gorzej niż reszta. To pogłębia tylko problem. Reforma była wprowadzana pod hasłem wyrównywania szans, tymczasem wyniki badania IBE pokazują, że jest odwrotnie. Reforma pogłębia problemy dzieci z trudnych środowisk - mówi Elbanowski.

- Z badania wynika, że różnice są niewielkie, mniejsze niż różnice wynikające z wykształcenia rodziców i ich pozycji społecznej. W żadnym wypadku nie ma podstaw do alarmowania, że jest jakaś klęska. Wynik był spodziewany, młodsze dzieci są… młodsze, ale naprawdę różnice są nieduże. Natomiast nasi badacze rekomendowali, żeby przyjrzeć się dzieciom, które mają 6 lat i pochodzą z rodzin, w których rodzice mają niższe wykształcenie i niższe dochody, bo wśród nich mogą być takie, które będą potrzebowały wsparcia. Dodajmy też, że z wcześniejszego badania 6 i 7 latków na starcie szkolnym wynikało, że jeśli dzieci są „zanurzone” w środowisku szkolnym, to ta różnica wynikająca ze statusu się zmniejsza, a jeśli dziecko zostaje w przedszkolu – nie. Po prostu – szkoła uczy - odpowiada Natalia Skipietrow rzecznik IBE.

Krytycy reformy zwracają również uwagę na fakt, że sześciolatek powinien uczyć się poprzez zabawę w przyjaznym środowisku przedszkolnym. Duża część dzieci w tym wieku ma bowiem problemy ze skupieniem, jakiego wymaga od nich szkoła. - Zmusza się ich też do zapisywania dźwięków, których jeszcze nie rozróżniają słuchem, oraz pisania rączką, która jest niegotowa do długotrwałego trzymania długopisu, z powodu nieskostniałego jeszcze w tym wieku nadgarstka - wylicza Elbanowski, który podkreśla, że zbyt wczesne posłanie dziecka do szkoły może prowadzić do zdemotywowania sześciolatka, który w wyniku niepowodzeń traci zapał do pracy.

W dyskusji na temat wyników badań IBE pojawiają się również głosy, że mogą być one zawyżone, gdyż przeprowadzono je na połowie rocznika. Wielu rodziców postarało się bowiem o to, by odroczyć swoim pociechom obowiązek pójścia do szkoły. W próbie badawczej mogły zatem nie wziąć udziału sześciolatki, które zaniżyłyby wynik. Pełny obraz problemów, z jakimi zmagają się dzieci, które wcześniej poszły do szkoły, otrzymamy zatem dopiero po przebadaniu całego rocznika.

Tomasz Elbanowski ma jeszcze jeden zarzut pod adresem IBE. - Pewnych faktów wynikających z raportu nie da się ukryć. IBE prowadzi badania i musi opublikować ich wyniki, jednak wnioski przesiąknięte są propagandą. W książce "Ratuj Maluchy! Rodzicielska rewolucja" opisaliśmy, jak szef tego instytutu, występujący dziś jako niezależny badacz, był jeszcze niedawno członkiem gabinetu politycznego minister Katarzyny Hall i odpowiadał w MEN za propagandowe wprowadzenie reformy - kończy inicjator akcji "Ratuj Maluchy".

Wirtualna Polska skontaktowała się z Ministerstwem Edukacji Narodowej w celu uzyskania odpowiedzi na zarzuty i z prośbą o skomentowanie wyników badania. Do tej pory nie otrzymaliśmy jednak od ministerstwa żadnego stanowiska w tej sprawie.

Do zarzutów odniósł się natomiast Instytut Badań Edukacyjnych. - Pan Elbanowski albo oświadcza, że jesteśmy nierzetelni, na co zresztą nie posiada żadnych dowodów, badanie jest naukowo przeprowadzone prawidłowo, co potwierdzają też recenzenci zewnętrzni, albo powołuje się na nas, interpretując badania, kiedy uważa, że ich wyniki mogą potwierdzać jego poglądy. A my cały czas powtarzamy to samo, wyniki obu badań są spójne. Pan Elbanowski promuje książkę, ale w niej jest bardziej oględny w słowach - odpowiada Skipietrow.

Polub WP Wiadomości

Więcej na ten temat:

Reforma edukacji