Pogrzeb jednej z najbogatszych Polek. Ksiądz powiedział wzruszające słowa
W piątek odbył się pogrzeb jednej z najbogatszych Polek - Ireny Rupińskiej i jej dwuletniego wnuczka Bogusia. Podczas kazania ksiądz wspominał zmarłą. - Irenka była duszą towarzystwa. Zawsze pogodna, serdeczna, niosąca w sobie wewnętrzne światło. I choć życie nie zawsze było łatwe, potrafiła iść przez nie z ufnością - mówił duchowny.
Kazanie wygłoszone na pogrzebie Ireny Rupinskiej i jej wnuczka, którzy zmarli w wyniku tragicznego pożaru w Szumowie, rozpoczęło się od cytatu słów księdza Jana Twardowskiego: "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą".
- Te słowa były w pewien sposób dewizą życia Irenki oraz małego Bogusia. Oboje tak właśnie żyli, kochając, będąc blisko ludzi, wznosząc w codzienność, światło, radość i dobro. Dziś te słowa stają się także naszym wspólnym wołaniem, wołaniem bólu, tęsknoty i ciszy, w której stajemy wobec tajemnicy śmierci. Stajemy tu, bo tak po ludzku wydarzyła się tragedia. Wieczorem, w wigilię uroczystości Chrystusa Króla Wszechświata. Pożar. Nagłe odejście we śnie. Cisza. Tam, gdzie jeszcze wczoraj słychać było śmiech, głos, rozmowę, kroki. Nie jesteśmy gotowi na taką stratę - tymi słowami ksiądz rozpoczął kazanie.
Chwilę później tłum wiernych poznał życiorys i wspomnienia o Irenie Rupińskiej. Duchowny ujawnił nieznane wszystkim fakty z życia rodziny.
Poruszający pogrzeb Rupińskiej i Bogusia. Kościół pękał w szwach
"Ludzie do niej lgnęli"
- Irenka przyszła na świat 28 marca 1971 r. Dzieciństwo spędziła w Grodzisku razem ze swoim bratem Tomkiem oraz rodzicami - Heleną i Zdzisławem. Tam też w młodym wieku poznała miłość swojego życia - Kazimierza, z którym wzięli ślub 15 lipca 1989 r. Oboje pracowali na gospodarstwie. Tam, w Grodzisku, wkrótce przyszły na świat dwie córki - Kasia i Ania. Gdy dziewczynki były w wieku szkolnym, Irenka wraz z mężem przeprowadzili się do Szumowa. Pierwszy rok mieszkali w przyczepie, jak Drzymała. Później wynajęli dom i sprowadzili do niego dzieci, przekonani, że właśnie tutaj jest ich miejsce. Tutaj urodziła się ich kolejna córka - Wiktoria. W 2004 r. zbudowali własny dom, który stał się ich domem rodzinnym, ale otwartym dla każdego - ujawnił podczas kazania duchowny.
Następnie dodał, że "Irenka była człowiekiem, dla którego dobroć i bliskość były czymś naturalnym". - Ludzie do niej lgnęli, bo potrafiła słuchać, wspierać, żartować, rozładowywać napięcia - podkreślił ksiądz.
- Ona po prostu była dla rodziny, dla sąsiadów, dla przyjaciół. Życzliwość nie była na pokaz. Nie trzeba było udawać. Wystarczyło wejść do domu, by czuć się u niej, jak u siebie. Była duszą towarzystwa, zawsze pogodna, serdeczna, niosąca w sobie wewnętrzne światło. I choć życie nie zawsze było łatwe, potrafiła iść przez nie z ufnością. Umiała dzielić się dobrem tak naturalnie, jak oddychała. Żaden człowiek o dobrym sercu nie żyje dla siebie. Irenka była tego najlepszym przykładem - mówił ksiądz.
"Dziecko, którego imię wypowiadamy dziś ze ściśniętym gardłem"
Duchowny mówił też o wnuczku jednej z najbogatszych Polek, który zginął w wyniku tego samego pożaru.
- Obok niej mały Boguś. Dziecko, którego imię wypowiadamy dziś ze ściśniętym gardłem. Dziecko niewinne, delikatne, z tym jasnym, niebieskim, szerokim spojrzeniem i uśmiechem, które tak wiele mówiło, choć nie potrzebowało słów. Jego obecność w rodzinie była jak promień światła, niezwykle mocny. Wprowadzał radość i energię. Wszędzie było go pełno. Dla bliskich był skarbem, darem. (...) Dzieci uczą nas patrzeć na świat z prostotą, bez masek, bez kalkulacji. Boguś tego uczył. Wnosił ciepło, uśmiech, spontaniczność, krótkie życie, ale pełne miłości, pełne obecności - wymieniał ksiądz.
- Dzisiaj czujemy, jak kruche jest życie. Jak bardzo nie mamy nad nim władzy. Jak nagle może się przerwać nić, którą wydawało się, że trzymamy mocno w dłoniach. Ta ulotność boli, ale ona też coś nam mówi - że każdy dzień jest darem, że nic nie jest nam dane na zawsze, że "śpieszmy się kochać ludzi" - to nie tylko poetycki frazes, ale to konkret życia. To prawda o życiu. A jeśli życie jest kruche, to miłość jest silniejsza. Ona trwa, bo miłość jest z Boga. Miłość jest pamięcią, która nie gaśnie. Jest sercem, które nie przestaje kochać. Jest więzią, która śmiercią nie zostaje przerwana - mówił.
W trakcie homilii nie zabrało też odniesień do wiary. - Tragedia nigdy nie jest wolą Boga, ale Bóg potrafi w tragedii wydobywać światło. Nasza obecność jest dzisiaj tym świadectwem. Potrafi prowadzić człowieka przez ciemność, nie zostawiając go samego i potrafi nauczyć nas, że życie jest wartością, której nie wolno odkładać na później - mówił ksiądz.
- Może dzisiejszy dzień ma stać się dla nas przypomnieniem, żeby kochać tych, którzy są obok? Żeby rozmawiać, przebaczać, nie marnować czasu na drobiazgi. Żeby żyć bardziej świadomie, jak Irenka z otwartym sercem, żeby być światłem jak Boguś. (...) Chciałbym przypomnieć słowa św. Jana Pawła II z Tryptyku Rzymskiego: "Pójdźcie błogosławieni. I tak przechodzą pokolenia, nadzy przychodzą na świat i nadzy wracają do ziemi, z której zostali wzięci. A przecież nie cały umieram. To, co we mnie niezniszczalne, trwa. Non omnis moriar. Nie wszystek umrę" - zakończył duchowny.
Tragiczny pożar w Szumowie. Jedna z najbogatszych Polek i jej wnuk nie żyją
Do tragedii doszło w weekend we wsi Szumowo pod Zambrowem. Ogień pojawił się wieczorem w pokoju na pierwszym piętrze, w którym znajdowali się 54-letnia babcia i jej wnuczek.
Z dotychczasowych ustaleń wynika, że babcia z wnuczkiem spali w zamkniętym pokoju na piętrze, podczas gdy pozostali członkowie rodziny byli w tym samym domu. Po dostrzeżeniu ognia mąż 54-latki razem z synem wynieśli kobietę i dziecko. Kobieta miała poparzone ręce, jej życia nie udało się uratować. Dwuletni chłopiec trafił do szpitala, ale zmarł.
Mateusz Dolak i Kamila Gurgul, dziennikarze Wirtualnej Polski