wp

Ortodoksyjni Żydzi zadadzą Izraelowi większy cios niż wrogie państwa?

Są religijnymi Żydami i zażartymi krytykami Izraela. Choć żyją na garnuszku państwa, odmawiają obowiązkowej służby wojskowej i wolą popierać narodowo-wyzwoleńczą walkę Palestyńczyków, niż własny rząd. Jeśli nie wyciągnie się ortodoksów z ich gett, za kilka pokoleń może okazać się, że nie będzie ani komu pracować, ani tym bardziej komu bronić Izraela przed agresywnymi sąsiadami.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Ultraortodoksyjni Żydzi protestują przeciwko planom powoływania studentów jesziw do sił zbrojnych; 6 lutego, Jerozolima
Ultraortodoksyjni Żydzi protestują przeciwko planom powoływania studentów jesziw do sił zbrojnych; 6 lutego, Jerozolima (AFP, Fot: Gali Tibbon)

Co wiemy o Żydach mieszkających w Izraelu? Przede wszystkim to, że maleńkie państwo, które budują od 1948 roku, jest dla nich niemal sacrum. Tym bardziej, że wielu z jego sąsiadów nie uznaje jego istnienia albo bez ogródek snuje plany zmiecenia go z powierzchni ziemi. Co jeszcze? Na przykład, że wszyscy, bez względu na płeć, przechodzą przeszkolenie wojskowe. Albo że nienawidzą Iranu. Wreszcie - że Palestyńczycy są im solą w oku.

Tylko że to nieprawda - przynajmniej według tych, którzy uważają się za pełnokrwistych i pełnoprawnych Żydów. Haredi, bo o nich mowa, są krzywym zwierciadłem stereotypu izraelskiego Żyda: ramię w ramię z Palestyńczykami skandują hasła narodowo-wyzwoleńcze, popierają antyizraelską politykę Teheranu, a wręcz nie uznają państwa Izrael. Wreszcie - są ubodzy, pokorni i skromni, ale od niedawna już nie cisi, bo rząd najwyraźniej ma dosyć traktowania ich jak obywateli specjalnej troski i stopniowo ogranicza nadane im kilka dekad temu przywileje. Haredi w odpowiedzi organizują masowe demonstracje, podczas których ubrani na czarno mężczyźni z pejsami krzyczą: "Gevald!" (hebr. katastrofa), podpalają opony i rzucają w policję kamieniami.

wp

Czy te utarczki mogą przerodzić się w religijną wojnę domową?

Żydzi antysyjoniści

W zrodzonym w bólach w 1948 roku państwie Żydzi stanowią większość - 75% mieszkańców tego ośmiomilionowego kraju jest wyznania mojżeszowego. Ta względna jednolitość nie dotyczy pochodzenia, bo - jak podawał na łamach kwartalnika "Życie duchowe" jerozolimski mnich Bernard M. Alter - w wyniku napływu Żydów z różnych części świata, obecnie w samej Jerozolimie zamieszkują przedstawiciele ok. 180 narodowości.

Mimo to na pierwszy rzut oka wyznawcy Mojżesza wydają się w miarę spójną, jednolitą grupą. W rzeczywistości jednak są oni jedną z najbardziej zróżnicowanych wspólnot wyznaniowych na świecie. I choć historycznie główną linię podziału można wytyczyć w Europie Centralnej (czyli podzielić Żydów na aszkenazyjskich, pochodzących z Europy Środkowo-Wschodniej, i sefardyjskich, wywodzących się głównie z Hiszpanii), przy bliższym spojrzeniu okazuje się, że mamy do czynienia ze skomplikowaną siatką podziałów, rozciągającą się szeroko od lewa do prawa. Upraszając, można podzielić Żydów z Izraela na postępowych, konserwatywnych i ortodoksyjnych. To właśnie ci ostatni spędzają sen z powiek władzom i, coraz częściej, rodakom.

wp

Choć obecnie ortodoksyjni Żydzi stanowią zaledwie 10 proc. społeczeństwa, proporcje te zmieniają się w zastraszającym tempie. Ultra religijne małżeństwa nie uznają antykoncepcji, więc widok kilkunastoosobowej rodziny w niektórych dzielnicach Jerozolimy nikogo już nie dziwi. Co druga rodzina żyje w skrajnym ubóstwie, bo kobiety całymi dniami dbają o dom i dzieci, mężczyźni zaś ślęczą nad pismami żydowskimi. Mniej niż co drugi z nich ma pracę, a to i tak spory wzrost, bo jeszcze kilka lat temu bezrobocie wśród ortodoksyjnych mężczyzn wynosiło 80 proc. Ci, którzy nie pracują, otrzymują niewielkie sumy od państwa. - Pary się pobierają i nie mają nic, dosłownie nic. Żadnych oszczędności, żadnych środków, tylko sześć ręczników i dwa komplety pościeli, czasem kilka garnków i patelni. Mąż studiuje w kolel (szkole talmudycznej dla żonatych mężczyzn) i, jeśli ma szczęście, dostaje 250 dolarów miesięcznie. Z tego musi zapłacić czynsz (…), dzieci przychodzą na świat jedno za drugim, a on nie ma pieniędzy nawet na
pieluchy i jedzenie - wyjaśnia w filmie dokumentalnym "God Forbid. The ultra orthodox society in Izrael" akuszerka i działaczka społeczna z Jerozolimy.

Ortodoksi również starają się izolować od społeczeństwa i cywilizacji, które są według nich źródłem zła i degrengolady. Dlatego główne przykazanie ziemskie zdaje się tu brzmieć "ciekawość to pierwszy stopień do piekła", a życie codzienne regulują dziesiątki zakazów. Czarną listę otwierają książki (oczywiście z wyjątkiem Tory, Talmudu i pism religijnych), zamykają - telewizory, komputery, a przede wszystkim internet. Plakaty propagandowe, rozwieszane w całej Jerozolimie i okolicach, wskazują jednoznacznie: pod jego wpływem grzeczne dzieci przeistaczają się we wściekłe bestie.

Haredi są wreszcie zdeklarowanymi orędownikami segregacji płciowej. W praktyce oznacza to, że - podobnie jak w Arabii Saudyjskiej - kobiety nie mają prawa przebywać w jednym pomieszczeniu z obcymi mężczyznami. Rabbi Samuel Papenheim wspomina, że jako dziecko nigdy nie był na balkonie rodzinnego domu, bo ten wychodził na ulicę, przy której znajdował się przystanek autobusowy. - Dla moich rodziców to było straszne, bo mężczyźni i kobiety stali ramię w ramię, nie było żadnej separacji między nimi - opowiada w filmie "God Forbid. The ultra orthodox society in Izrael".

Jednak to nie życie na garnuszku państwa, zamykanie się w oddzielonych od świata murem niechęci i pogardy gettach czy bojkotowanie zdobyczy cywilizacyjnych sprawia, że z ortodoksami rząd Izraela ma coraz większy problem.

wp

Getta ortodoksów

Gdy na początku roku rząd Benjamina Netanjahu zapowiedział, że obowiązkowa służba wojskowa obejmie również dotąd zwolnionych z niej studentów jesziw (czyli wyższych szkół talmudycznych dla nieżonatych mężczyzn), setki tysięcy mężczyzn w czarnych kapeluszach i chałatach po raz kolejny wyszły na ulice. Już wcześniej regularnie organizowali demonstracje. Głównie przy okazji wyborów parlamentarnych, kiedy to skandowali, że "kto głosuje, zdradza Boga", a oni sami nie uznają "rządów heretyków". Albo w obronie interesów muzułmanów jako prawowitych mieszkańców Palestyny, bo Haredi wierzą, że Żydzi muszą żyć w diasporze, a ich państwo może odtworzyć tylko Mesjasz - dlatego też nie uznają istnienia Izraela i stawiają opór władzom.

Jednak tak masowych protestów Jerozolima nie widziała od 1999 roku, gdy rząd po raz pierwszy próbował znieść przywileje uchylania się od służby wojskowej, nadany haredi przez Dawida Ben Gubiona tuż po powstaniu państwa Izrael na ziemi palestyńskiej. Ostatecznie w 2002 roku zostało uchwalone tzw. prawo Tala, które dawało uczniom jesziw możliwość wyboru między świętą księgą a karabinem. Wbrew oczekiwaniom rządu okazało się, że młodych ortodoksów nie ciągnie do wojaczki i, jak podaje "Rzeczpospolita"¸ spośród 40 tysięcy uprawnionych, tylko 31 zdecydowało się na szkolenie w IDF.

Ponad dekadę później rząd Netanjahu ponownie próbuje chwycić byka za pejsy. Powszechna służba wojskowa, bez wyjątków, to nie tylko kwestia równości czy sprawiedliwości społecznej, ale przede wszystkim gospodarki i bezpieczeństwa. Jeśli nie wyciągnie się ortodoksów z ich gett, za kilka pokoleń może okazać się, że nie będzie ani komu pracować, ani tym bardziej komu bronić kraju przed agresywnymi sąsiadami. Izraelowi będzie grozić upadek nie od ciosu zadanego przez któreś z wrogich państw, ale podtrucie przez własnych obywateli.

wp

Aneta Wawrzyńczak dla Wirtualnej Polski

Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Polub WP Wiadomości
wp
wp
wp
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Ważne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.