Dramat w centrum Poznania. 2-latka mogła umrzeć. Rodzice zabrali głos

Wszystko działo się na na poznańskich Jeżycach. Nieprzytomna Basia leżała na chodniku. Pisano o bohaterskim zachowaniu policjantów po służbie, którzy ratowali dziecko. Rodzice 2-latki opowiadają, jak to faktycznie wyglądało. Wirtualna Polska rozmawiała ze świadkiem zdarzenia, któremu dziękuje teraz matka.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Policjanci uratowali 2-latkę? Rodzice i świadkowie są innego zdania
Policjanci uratowali 2-latkę? Rodzice i świadkowie są innego zdania (WP.PL)
WP

Sytuacja miała miejsce w czwartek na ul. Dąbrowskiego w centrum Poznania. Z pierwszych relacji wynikało, że dziewczynka straciła przytomność, przestała oddychać i zaczęła sinieć.

Policjanci zauważyli na ulicy leżące małe dziecko, a wokół niego kilka osób. Jeden z policjantów podjął na zmianę z matką resuscytację krążeniowo-oddechową. Drugi wezwał pogotowie.

Intensywna reanimacja przyniosła efekt, dziewczynka odzyskała oddech i tętno. Na miejsce przyjechała załoga pogotowia ratunkowego, której zostało przekazane dziecko.

WP

Funkcjonariuszy okrzyknięto bohaterami. Tymczasem głos zabrali rodzice dziecka i opowiedzieli, jak było.

"To niesprawiedliwe"

"Córka dostała w aucie drgawek gorączkowych (wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze co to było), zaczęła odpływać, w końcu straciła przytomność. Żona zatrzymała auto na ulicy, wyciągnęła córkę, po czym przystąpiła do RKO (młoda zaczęła sinieć, najpierw wargi potem na twarzy)" - napisał ojciec w serwisie Wykop.pl.

"Policjant (żona nawet nie wiedziała, że są to policjanci, byli w cywilu i nie wspomnieli o tym) próbował żonie pomóc odchylić córki głowę do tyłu - to była cała pomoc, a policjantka pomagała żonie rozpiąć kurtkę - relacjonuje mężczyzna.

WP

Ojciec Basi pisze, że w ocenie jego żony najbardziej pomógł właściciel/pracownik hurtowni motoryzacyjnej, który po tym jak córka "wróciła" udostępnił swój sklep. "Po karetkę dzwoniła nie tylko Pani policjantka, żona kazała już wcześniej zadzwonić po pogotowie jednej z osób, a następnie przekazywała przez owego Pana informacje dyspozytorowi" - tłumaczy.

Argumentuje też powód zamieszczenia wpisu. W jego ocenie news o policjantach ratujących dziecko szybko zaczął żyć swoim życiem, spychając nieco na drugi plan rolę jego żony, co jest niesprawiedliwe.

"Przy okazji dziękujemy wszystkim osobom, które zaangażowały się w pomoc, również policjantom, córka czuję się lepiej, we wtorek powinniśmy wyjść do domu" - kończy ojciec Basi.

"Okrutny, kłamliwy sposób policji"

WP

Do dramatycznej sytuacji odniosła się także matka dziecka.

Napisała, że nie uważa się za bohaterkę, bo "każdy rodzic zrobił by to samo". "Jest mi bardzo przykro i mojej rodzinie, jak policja w okrutny, kłamliwy sposób nazywa dwóch policjantów bohaterami i jak media potrafią oszukiwać czytelnika i słuchacza, podając fałszywe fakty" - napisała.

Podziękowała także "panu, który wezwał pomoc telefonicznie oraz panu, który użyczył biura gdzie przenieśliśmy córkę do przyjazdu karetki oraz pozostałym ludziom, którzy gapiąc się możliwe, że czegoś się nauczyli".

"Gdyby nie matka, dziewczynka mogłaby nie żyć"

WP

Rozmawialiśmy z "panem, który użyczył biura". Jak on relacjonuje dramatyczne wydarzenia?

- Matka jadąc samochodem zauważyła, że dziecko straciło przytomność między światłami na ul . Nowina, a światłami na ul. Dąbrowskiego. Podjęła błyskawiczną decyzję, aby zatrzymać się i sama zaczęła reanimować dziecko - podkreśla w rozmowie z WP Damian Mankiewicz.

- Usłyszałem przez okno krzyk, wszystko działo się przy mojej posesji. Wybiegłem i matka prosiła, abym jej zdjął kurtkę, bo miała ograniczone ruchy przy reanimacji dziecka. Jedna osoba dzwoniła na pogotowie, druga osoba, która podeszła, zmieniła na chwilę matkę przy reanimacji. Akcja ratunkowa zakończyła się w moim biurze przy ul.Dąbrowskiego 175, skąd dziewczynka czekała na przyjazd karetki - mówi.

Mężczyzna odniósł się do informacji, że w ratowaniu dziecka pomagała policja. Tłumaczy, że nikt nie przedstawił się jako policjant, nikt nie powiedział, że jest funkcjonariuszem i wie, co robić. - Jeśli nawet był jakiś policjant po cywilnemu, nie zachowywał się tak, nie uspokoił matki, nie przejął koordynacji akcji ratunkowej - uważa Mankiewicz.

WP

Opowiada, że gdy Basia zaczęła odzyskiwać przytomność, zaproponował, by ją przenieść do jego biura, bo dziewczynka leżała wciąż na chodniku.

W jego ocenie to przede wszystkim matka uratowała dziecko. Podkreśla jednak, że żaden ze świadków zdarzenia nie był gapiem. - Jeden pan dzwonił na 112, inny starszy pan obserwował dziewczynkę i jako pierwszy zauważył, że odzyskuje przytomność, każdy próbował pomóc, jak potrafi - opowiada nam.

- Dla mnie najważniejsze jest, że udało się uratować Basię. Sam mam dzieci i traktuję to, co się stał bardzo osobiście - tłumaczy.

Policja odpowiada

Policja zostaje przy swojej wersji wydarzeń. - Było tak jak przedstawiliśmy to w naszym komunikacie. Agnieszka i Tomek to świetni i doświadczeni policjanci. Opieraliśmy się na faktach - powiedział w "Głosie Wielkopolskim" Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji. Nie rozumie takiej reakcji rodziców.

Zobacz także: Ochroniarz brutalnie pobił mężczyznę w klubie? Mamy zapis z monitoringu

WP
WP