Donieśli do prokuratury, ale bili mu brawo. Dlaczego prof. Heitzman był nietykalny?
Prokuratura konsekwentnie unikała odpowiedzi, czy prowadzi jakiekolwiek śledztwo, w którym pojawia się Janusz Heitzman. Ministerstwo Zdrowia przekonuje, że o niczym nie wiedziało, choć mamy dowody, że zostało poinformowane. Szefowie Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego najpierw zawiadomili prokuraturę, ale potem urządzili profesorowi owację. Dziś pytamy: kto i dlaczego tak długo pilnował tajemnicy słynnego psychiatry.
- Szefowie Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego zawiadomili prokuraturę o sprawie możliwego wykorzystania seksualnego dziecka. Potem pozowali z Heitzmanem do zdjęć i bili mu brawo.
- Krakowska prokuratura twierdziła, że żadnej sprawy Heitzmana u nich nie ma. Okazało się to nieprawdą.
- Ministerstwo Zdrowia przekonuje, że o niczym nie wiedziało, choć mamy dowody, że alarmujące sygnały dot. Heitzmana trafiały do resortu na długo przed tym, jak zaczęliśmy zadawać pytania.
- Ministerstwo Sprawiedliwości o sprawie też wiedziało, ale działania podjęło dopiero po publikacji Wirtualnej Polski.
7 listopada Wirtualna Polska opublikowała reportaż "Nietykalny" o profesorze Januszu Heitzmanie. Przedstawiliśmy w nim historię Marka, który opowiadał, że gdy miał 15 lat, profesor, jako jego lekarz, zapraszał go na noc, częstował alkoholem, a rano się przy nim onanizował. Psychiatra stanowczo odrzucał oskarżenia. Podkreślał, że nie traktował Marka jako pacjenta, a ich relacja miała charakter towarzyski. Prokuratura umorzyła sprawę. Toczy się za to postępowanie dotyczące relacji Heitzmana z innym pacjentem. W grę wchodzi paragraf o wykorzystaniu seksualnym małoletniego.
Reportaż spowodował natychmiastową reakcję szeregu różnych instytucji. Profesor Heitzman zaczął seryjnie tracić miejsca w ministerialnych komisjach, wykluczono go z prac różnych zespołów problemowych, na przykład przy Rzeczniku Praw Obywatelskich. Postępowanie dyscyplinarne wobec niego wszczęło Polskie Towarzystwo Psychiatryczne.
Psychiatria dziecięca w Polsce. Dr Wojciech Feleszko mówi, w czym tkwi największy problem
Można odnieść wrażenie, że wszyscy dowiedzieli się o sprawie z materiałów Wirtualnej Polski i "Gazety Wyborczej" opublikowanych tego samego dnia. Ale to nieprawda. Różne gremia i instytucje wiedziały o niej nawet od kilkunastu miesięcy - mamy na to dowody. Zaczęli działać, bo nie dało się dłużej milczeć.
Krakowska prokuratura wprowadza nas w błąd
O podejrzeniach wobec Janusza Heitzmana dowiedzieliśmy się wiele tygodni przed publikacją. Informacje pochodziły ze środowiska psychiatrów. Nasi rozmówcy mówili, że jest jakieś śledztwo i warto to sprawdzić.
W końcu w połowie października napisała do nas Justyna Sikorska-Grygiel. To psycholożka, która od dawna stara się alarmować różne instytucje, posłów, senatorów o nieprawidłowościach w organizacji systemu ochrony zdrowia psychicznego. To ona w jednym z maili adresowanych do ponad 100 osób informuje o zarzutach kierowanych wobec Heitzmana, dotyczących wykorzystywania seksualnego nieletnich.
"Kierownikiem merytorycznym projektu FERS IPiN jest pan prof. Janusz Heitzman, mający wg mojej najlepszej wiedzy zarzuty w prokuraturze dotyczące molestowania nieletnich" - pisze.
16 października pytamy Prokuraturę Okręgową w Krakowie, czy to prawda.
Jej rzeczniczka, prokurator Oliwia Bożek-Michalec, odpowiada, że przeciwko Heitzmanowi nie toczy się żadne postępowanie. Spływają do nas jednak kolejne nieoficjalne informacje o "sprawie Heitzmana". Pytamy więc prokuraturę, czy jest prowadzone jakiekolwiek postępowanie w sprawie, a nie przeciwko Heitzmanowi. Wskazujemy istotne szczegóły pozwalające ustalić, o jakie postępowanie chodzi:
"Z ustaleń Wirtualnej Polski wynika, że zawiadomienie zostało złożone przez Panią Prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, prof. Dominikę Dudek, bądź przez konsultanta krajowego w dziedzinie psychiatrii dorosłych, prof. Piotra Gałeckiego".
23 października 2025 r. prokurator Bożek-Michalec odpisuje: "W systemie informatycznym Prokuratury Okręgowej w Krakowie ani też podległych jej Prokuratur Rejonowych nie odnotowano zawiadomień kierowanych przez Panią prof. Dominikę Dudek lub Pana prof. Piotra Gałeckiego dot. działań Pana prof. Janusza Heitzmana. Ponadto jak już informowałam telefonicznie, we wskazanych powyżej systemach nie ujawniono aktualnie sprawy przeciwko Januszowi Heitzmanowi".
Dziś doskonale wiemy już, że profesor Dudek złożyła zawiadomienie w grudniu 2024 roku. Sama nam to potwierdziła. Prokuratura popełniła błąd? Czy celowo próbowano nas zniechęcić do śledzenia tej sprawy?
"Góra" potwierdza
Próbujemy jeszcze raz, zaznaczając wyraźnie, że nie chodzi o postępowanie "przeciwko Heitzmanowi", a "w sprawie Heitzmana".
28 października Oliwia Bożek-Michalec przysyła wiadomość, że w dotychczasowej korespondencji otrzymaliśmy już wyczerpujące odpowiedzi na nasze pytania.
Jesteśmy jednak pewni informacji pochodzącej od naszych rozmówców. Uderzamy wyżej, do Prokuratury Regionalnej w Krakowie. Dzwonimy do jej szefa, prok. Mariusza Krasonia. Kilkanaście godzin później dostajemy potwierdzenie. Sprawa w prokuraturze jest. Dotyczy wykorzystania seksualnego osoby poniżej 15 lat. Co ciekawe, w Prokuraturze Regionalnej znaleźli ją w tym samym rejestrze, w którym nie mogła jej znaleźć Oliwia Bożek-Michalec.
Polskie Towarzystwo Psychiatryczne, czyli brawa dla profesora
Docieramy do gremium, którego rolę w całej sprawie trudno jednoznacznie ocenić.
Do niedawna szefową Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (PTP) była profesor Dominika Dudek, psychiatrka z Uniwersytetu Jagiellońskiego. To do niej w grudniu 2024 roku zgłosił się pacjent, który blisko 20 lat temu miał szukać pomocy u Heitzmana. Prof. Dudek wysłuchała go i kilka dni później - 9 grudnia - złożyła doniesienie do prokuratury. To właśnie po jej zawiadomieniu śledczy wszczęli śledztwo w sprawie wykorzystania seksualnego osoby poniżej 15. roku życia.
Pół roku później, w czerwcu 2025 r. w Warszawie trwa posiedzenie PTP. Przewodniczy mu prezes Dudek. Obecny jest również konsultant krajowy w dziedzinie psychiatrii prof. Piotr Gałecki, który zasiada w zarządzie PTP. On również, niezależnie od prof. Dudek, informował prokuraturę o nieprawidłowych zachowaniach prof. Heitzmana.
Pod koniec planowanego porządku obrad wolne wnioski. Nagle na sali zapada cisza. W protokole odnotowano, że profesor Janusz Heitzman rezygnuje z ubiegania się o miejsce w zarządzie. Twierdzi, że jest nękany. Oto fragment protokołu, do którego dotarliśmy (pisownia oryginalna):
"Różnorodne decyzje mogły doprowadzić do obecnie podejmowanych zachowań wobec niego przez różne osoby o charakterze nękania. Służby (w tym policja) pozostają mało skuteczne w działaniu w tych okolicznościach. Niezmiernie łatwo pomówić. Jednocześnie brakuje instrumentów, aby skutecznie bronić się w takich sytuacjach".
Ówczesna prezes PTP, profesor Dudek oraz zasiadający w zarządzie profesor Gałecki, dobrze wiedzą więc, że nie chodzi o żadne nękanie, tylko o oskarżenia byłego pacjenta i prowadzone śledztwo.
Głos zabiera prawnik PTP i oferuje pomoc, gdyby taka była potrzebna. Potem następują podziękowania:
"Kol. Dominika Dudek dziękuje kol. Januszowi Heitzmanowi za wieloletnią i skuteczną służbę na rzecz psychiatrii w Polsce. Członkowie Prezydium Zarządu przyłączają się do podziękowań i nagradzają dotychczasową działalność Kol. Janusza Heitzmana brawami".
Przypomnijmy - wszystko dzieje się pół roku po zgłoszeniu sprawy do prokuratury. Nikt nie zamierza prof. Heitzmana zawiesić w prawach członka PTP, nikt nie wszczyna postępowania wyjaśniającego.
Na zakończenie obrad wszyscy pozują do wspólnego zdjęcia.
PTP zaczyna działania w tej sprawie dopiero kilka miesięcy później. 8 listopada o godz. 2:30 w nocy publikuje stanowisko, w którym informuje:
"Zarząd Główny 6 listopada 2025 r. podjął decyzję o skierowaniu wniosku o wszczęcie postępowania wyjaśniającego przez Rzecznika Dyscyplinarnego Oddziału, którego członkiem jest wskazana osoba".
"Wskazana osoba" to Janusz Heitzman.
Zarząd Główny PTP potrzebował więc 11 miesięcy, żeby wszcząć postępowanie wyjaśniające w sprawie. Na początku listopada wiedział już o przygotowywanym przez nas artykule, bo profesor Dudek została poproszona o autoryzację swoich wypowiedzi do tekstu.
Konsultant krajowy wiedział, ale współpracował
Oficjalne stanowisko PTP zawiera jeszcze jedno ważne potwierdzenie. Od blisko roku o sprawie Heitzmana wiedział też konsultant krajowy w dziedzinie psychiatrii. W stanowisku czytamy: "W tym samym czasie zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie złożył Konsultant Krajowy w dziedzinie psychiatrii i członek Zarządu Głównego PTP prof. Piotr Gałecki". Konsultant krajowy uznaje więc, że jego kolega po fachu mógł seksualnie wykorzystać dziecko.
Czy to wpłynęło jakoś na jego współpracę z Heitzmanem? Nic na to nie wskazuje. Jeszcze do 1 listopada 2025 roku obydwaj profesorowie współpracowali przy gigantycznym projekcie unijnym w ramach FERS (Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego).
Chodzi o ponad 250 milionów złotych, które Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie otrzymał na "rozwój specjalistycznych metod diagnostyki i leczenia zaburzeń psychicznych u dzieci i dorosłych".
Piotr Gałecki współtworzył program, był też w tym czasie szefem Rady Naukowej Instytutu. Do dziś jest jednym z ekspertów uruchomionego w grudniu 2024 r. projektu, a sporą część zadań wykonuje szpital z Łodzi, w którym profesor jest wicedyrektorem.
Z kolei Janusz Heitzman został kierownikiem merytorycznym całego projektu. De facto odbierał i akceptował pracę Gałeckiego, jego żony i współpracowników, którzy też zostali do FERS zaangażowani.
Heitzman sam zrezygnował z kierowania FERS-em dopiero 1 listopada 2025 r. Niedługo po tym, jak się dowiedział, że media zajmują się jego sprawą i otrzymał od nas pierwsze pytania.
Ministerstwo nie wiedziało?
Resort zdrowia twierdzi, że o całej sprawie nie miał pojęcia, choć to w instytucjach podległych ministerstwu Heitzman sprawował najwięcej funkcji.
Był pełnomocnikiem ds. psychiatrii sądowej, przewodniczącym Psychiatrycznej Komisji ds. środków zabezpieczających przy Ministrze Zdrowia oraz członkiem komisji ds. środka leczniczego dla nieletnich przy Ministrze Zdrowia.
Jakub Gołąb, rzecznik MZ tłumaczy nam, że oficjalny sygnał i tym samym zgłoszenie tematu do resortu wpłynęło kilkadziesiąt godzin przed publikacją Wirtualnej Polski. Jak to możliwe?
Przecież profesor Gałecki jest konsultantem krajowym, a tym samym współpracownikiem ministra. Oznaczałoby to, że przez rok nie poinformował oficjalnie ani minister Izabeli Leszczyny, ani jej następczyni Jolanty Sobierańskiej-Grendy, że zawiadomił o sprawie prokuraturę. Nie przekazał, że toczy się postępowanie w sprawie Heitzmana, który przecież był pełnomocnikiem ministra zdrowia, wydawał opinie, współtworzył prawo w Polsce.
Nawet jeśli Gałecki rzeczywiście nic nie powiedział, to Ministerstwo Zdrowia mocny sygnał o możliwym postępowaniu w Krakowie ma przynajmniej od 2 lipca 2025 r. Wtedy drogą formalną trafił do resortu wniosek wspomnianej już psycholożki Justyny Sikorskiej-Grygiel. Ta pytała ministerstwo, czy wybierając Heitzmana do pełnienia funkcji w FERS, sprawdzono historię jego karalności oraz czy weryfikowano toczące się postępowania prokuratorskie.
8 października Sikorska-Grygiel wysyła też kolejną wiadomość, która dotarła między innymi do nas. Na liście adresatów jest kilkaset osób. To m.in. ministrowie, posłowie i ... kancelaria Ministerstwa Zdrowia. Psycholożka informuje w niej o działaniach prokuratury w sprawie Heitzmana, a nawet tłumaczy, że miało chodzić o wykorzystanie seksualne dzieci.
W resorcie jej maila jednak nie dostrzeżono. Działania odwołujące Heitzmana z wszelkich funkcji rozpoczęto tuż przed publikacjami z 7 listopada 2025 roku.
Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego
O tym, co wiedzieli przedstawiciele Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego i resortu sprawiedliwości, sporo napisaliśmy już w reportażu "Nietykalny". Zaczęło się od środowiska krakowskiego, w którym o sprawie profesora wiedziała spora grupa. Z Krakowa jest m.in. szef komisji kodyfikacyjnej profesor Włodzimierz Wróbel. To sędzia Sądu Najwyższego, karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Wróbel dowiedział się o sprawie i rozmawiał na ten temat z ówczesnym ministrem sprawiedliwości Adamem Bodnarem. Ten nie zdążył zareagować, bo odszedł ze stanowiska. Wszystko działo się na początku wakacji, a to oznacza, że w Ministerstwie Sprawiedliwości o sprawie wiedzieli co najmniej od pół roku.
Z wiceminister Marią Ejchart kontaktowaliśmy się kilka tygodni przed publikacjami o Januszu Heitzmanie, a za jej pośrednictwem o śledztwie dowiedział się minister Waldemar Żurek.
- Odsunięcie człowieka od pełnionych funkcji to jest zawsze trudna decyzja. (...) Dopóki nie mamy aktu oskarżenia, poruszamy się w kręgu podejrzeń. A dopiero prawomocny wyrok potwierdza winę - tłumaczyła Ejchart w reportażu "Nietykalny".
Aktu oskarżenia nie ma, ale Janusz Heitzman stracił już posadę w komisji. Jego nazwisko zniknęło z jej strony 14 listopada, tydzień po naszej publikacji.
Dariusz Faron i Michał Janczura, dziennikarze Wirtualnej Polski