Kasia Szymańska w "Pasji Smaku"
Kasia Szymańska w "Pasji Smaku" (WP.PL, Fot: Maciej Stanik)

"Codziennie zjeżdżam windą do piekła"

Tego dnia syn Kasi wyskoczył przez okno. Tego dnia w życiu Kasi zamknął się etap "spokój". Etap "walka" trwa do dziś.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Czerwiec 2014 roku. Kasia Szymańska jedzie do domu z obiadem dla sześcioletniego synka. Jedzenie pyszne, bo własnej roboty, z restauracji Kasi. Wtedy jeszcze nazywała się "Pasja Smaku u Rzeźnika". Rzeźnik wziął się od teścia. Wcześniej prowadził tu mięsny.

- Obok był plac zabaw, a tu ani gdzie się załatwić, ani zjeść, ani dziecko nakarmić – opowiada Kasia.

Kiedy spółka teścia, Imperial Dragon, popada w długi, w lokalu – poza mięsnym – synowa otwiera małą knajpkę. Trafia. W ciągu dnia klienci przychodzą do klimatycznego bistro, a wieczorami na tańce przy muzyce na żywo. Miejsce wpisuje się w kulturę Woli.

Sielanka kończy się, gdy Kasia znajduje sześcioletniego Piotrusia pod oknem. Nie chciał sobie zrobić krzywdy. Zapłakany mówi tylko, że nie chce wracać do domu. Kaśka wścieka się na męża, że nie upilnował syna. Atmosfera w domu przez dwa dni jest nieznośna. A potem pani, która dwa razy w tygodniu przychodzi do Kaśki sprzątać, wyznaje, że widziała, jak jej mąż molestuje Piotrusia.

- Myślałam, że oszaleję, że dostanę jakiegoś obłędu. Zaczęłam krzyczeć, płakać. Od tej chwili przestałam spać. Moja rozmowa z Piotrusiem potwierdziła najgorsze podejrzenia.

Mówi do syna: On już nigdy cię nie skrzywdzi, będziesz bezpieczny.

I zaczyna działać.

Na co to pani?

W dwa dni wynosi się z dzieckiem z domu. Nie zabiera ze sobą nic. Składa zawiadomienie na policji na Żytniej. Po przesłuchaniu i złożeniu zeznań wychodzi do niej policjant w cywilu.

- I zaczął mnie namawiać: "Może się pani jeszcze zastanowi. Ma pani taki ładny samochód i dobre życie. Będzie pani miała kuratorów, pani i syn także. Odbiorą pani wszystko". A ja mu odpowiedziałam, że to walę, że nie jestem ani alkoholiczką, ani narkomanką, nie mam żadnych uzależnień i się nie boję kuratorów.

Kasia ma poczucie, że na Żytniej nie została dobrze zaopiekowana (choć kontrola na komisariacie nie wykazała nieprawidłowości). W skardze złożonej do Komendy Głównej Policji zaznacza, że na Woli nie zabezpieczono dowodów, nie udzielono jej ochrony i miała wrażenie, że śledztwo jest celowo przeciągane.

Katarzyna od pięciu lat walczy o normalne życie.
Źródło: WP.PL

- Byłam zdeterminowana. Do tej pory nie wiem, jak mnie strażnik do Komendy Głównej wpuścił. Złożyłam pismo i poprosiłam o rozmowę. Wyszła elegancka pani o przenikliwym spojrzeniu - pułkowniczka - i zaprosiła do pokoju. Rozmawiałyśmy pół godziny, przedstawiłam fakty i dokumenty. Wzięła papiery i powiedziała, że sprawa jutro rano znajdzie się u komendanta na biurku. I tak było – wspomina Szymańska.

Miesiąc strachu

Katarzynę zaczynają nachodzić mąż i teść. - Grozili mi, dzwonili, przychodzili do wynajmowanego mieszkania. Kręcili się pod przedszkolem syna, sugerowali, że zabiorą dziecko - opowiada. Szykany trwają miesiąc. W tym czasie, według Kaśki, policja nic nie robi. Idzie więc z tematem na wyższe szczeble. 27 lipca 2014 r. teść i mąż lądują w areszcie. Kasia występuje o kuratora dla syna i przesłuchanie dziecka.

Sylwia Kamińska, adwokatka Szymańskiej w sprawie wytoczonej mężowi i teściowi, uważa, że proces, jak na polskie warunki, został przeprowadzony sprawnie.

– Procedowanie nie odbiegało od standardów polskich postępowań. Rozprawy odbywały się raz w miesiącu. A tymczasowy areszt, do którego trafili panowie, był podtrzymywany. W sprawach o groźby karalne rzadko kiedy stosuje się tymczasowe aresztowanie. Więc sąd podszedł bardzo poważnie do tematu. Oskarżeni składali zażalenia, ale one nie były uwzględniane – tłumaczy.

Teść dostaje rok i siedem miesięcy więzienia za groźby karalne. Odsiaduje wyrok w całości. Marcin K. dostaje 3 lata i 4 miesiące. Sąd zwalnia go po półtora roku.

Powrót do przyszłości

Kaśka wysyła syna na terapię, sama też idzie. Sprzedaje wszystkie meble, stara się utrzymać. Zgłasza się Ośrodka Pomocy Społecznej na Woli o pomoc finansową.

- Trzy razy tam byłam. Pokazywałam dokumenty, opowiadałam, tłumaczyłam się, jakbym to ja była winna. Dostałam trzy odmowy pomocy, ponieważ nie miałam jeszcze rozwodu i formalnie mieliśmy wspólne gospodarstwo. Nie mieściłam się w ich kryteriach. Najważniejsze było dla nich, skąd mam pieniądze na przeżycie. Mówię, że wyprzedałam wszystko – wspomina Szymańska.

Znów dostaje odmowę, bo nie wypełniła formularza ze spisem przedmiotów, które sprzedała. Wciąż jest zatrudniona w spółce Imperial Dragon na pół etatu.

25 listopada 2015 roku sąd orzeka rozwód ze stwierdzeniem winy męża - Marcina K. - i jednoczesnym odebraniem mu praw rodzicielskich. A miesiąc później sędzia uchyla areszt Marcina K. Były mąż i teść od razu zaczynają znowu nękać Kasię. Szymańska wnioskuje o wydanie zakazu zbliżania się do niej i dziecka.

W marcu 2016 r. sąd orzeka, że teść odsiedział już zasądzoną karę w areszcie. Były mąż ma do odsiedzenia jeszcze 1,5 roku. Mężczyźni nie rezygnują - uprzykrzają Szymańskiej życie na tyle skutecznie, że w tym samym marcu 2016 r. Kaśka zamyka Pasję. Próbuje zdać klucze do Zarządu Gruntów i Nieruchomości Wola. W administracji ich nie przyjmują, wysyła je więc pocztą.

Rzecznik prasowy dzielnicy, Mariusz Gruza, twierdzi, że Katarzyna Szymańska nie miała umocowania do reprezentowania Imperial Dragon, a klucze nie pasowały do zamków. Kaśka zarzeka się, że pasowały.

Włamanie

Były mąż i teść włamują się do Pasji, zajmują ją i próbują prowadzić.

- Administracja nie reaguje, czynsz już rok i siedem miesięcy niepłacony, a pan sobie wchodzi i jest – sarka Szymańska. Teść nie chce wydać jej świadectwa pracy, za to namawia, by… wróciła do lokalu. "Knajpa mu się rozjeżdżała, wszystko było nie tak i goście też to zauważali".

Sytuacja staje się absurdalna, bo Kaśka po namyśle wraca. Pasja jest jej dziełem, szkoda jej tego, co zbudowała, i ciężkiej pracy. To jej tatar jest opisywany w najpopularniejszych blogach kulinarnych. Wieczorne potańcówki zyskują miano kultowych, a pan Henio, grający na klawiszach, status gwiazdy.

Stawia warunek powrotu: nie będzie miała kontaktów z byłym mężem i teściem. Knajpa rusza, niektórzy znający sprawę dziwią się, że po szefowej nie widać, przez co przeszła. "Przecież nie położę się i nie będę płakać" - mówi.

To może się nie podobać. "Taka biedna, a taka zaradna" – o Kaśce zaczynają krążyć plotki, że prawdopodobnie wrobiła męża i teścia, że chciała przejąć ich fortunę (Imperial Dragon owszem ma fortunę, ale na minusie. Spółka jest zadłużona na ponad 3 mln złotych). Szymańska nie pasuje do stereotypu ofiary.

Katarzyna Szymańska nie zamierzała się poddawać.
Źródło: WP.PL

"Lokal nie jest na wynajem"

W połowie września 2016 roku Kaśka dostaje telefon. To znajomy jej byłego męża i teścia. Nie może się z nimi skontaktować, pyta Szymańską, co się dzieje. Ona nie wie. Mimo że pracuje dla Imperial Dragon, wszystko załatwiają zdalnie. Jedzie z policją do mieszkania, które wynajmują panowie. Znajdują teścia. Nie żyje. Alkohol i psychotropy. Mężczyzna leczył się psychiatrycznie. Byłego męża brak.

Policja szuka Marcina K. po całej Polsce, a Kaśka jest ciągana po komisariatach. Po kilku godzinach Marcin się znajduje. Martwy za kanapą w mieszkaniu ojca. Ciało leżało tam już podczas pierwszej interwencji, tylko po prostu go nie znaleźli. Przyczyna śmierci ta sama. Wszystko wskazuje na samobójstwo.

Kaśka jest w szoku. Trzeba czekać na wyniki badań. Pozwolenie na pochówek musi wydać prokurator. Nikt nie jest zainteresowany organizacją pogrzebu, MOPS też. Oprawców chowa ich własna ofiara.

Lokal, w którym Szymańska prowadzi "Pasję", jest od tej pory wynajmowany przez dwóch nieboszczyków.

Po pogrzebie Kaśka idzie do ZGN. Zanosi dyrektorowi Lechowi Popłońskiemu akty zgonu. W lutym 2017 r. powołuje Fundację Bezpieczni Razem i wnioskuje o przyznanie jej lokalu "Pasji". Plan: prowadzenie działalności restauracyjnej pod nazwą "Pasja Smaku", z dochodów sfinansuje m.in. bezpłatne warsztaty dla lokalnej społeczności.

Katarzyna dostała faktury z długiem swoich oprawców.
Źródło: WP.PL

"Wszystkie lokale w tym obiekcie są już wynajęte" - odpowiada burmistrz Marek Sitarski. - No tak, ale jeden przez denatów! – denerwuje się Kasia.

Przychodzą faktury. Wciąż na spółkę Imperial Dragon, choć prowadzenie działalności gospodarczej przez Katarzynę, "oficjalnie" zatrudnioną w spółce dwóch nieboszczyków, jest już co najmniej wątpliwe. Nie płaci ich, bo nie jest w żaden sposób ze spółką związana. Przedstawia akty zgonu. Robi, co może, by stać się pełnoprawnym najemcą. Nic z tego. Lokal jest wynajmowany przez Imperial Dragon. Koniec kropka.

Rzecznik Gruza: - Przedmiotowy lokal nie może zostać przeznaczony do wynajęcia w konkursie ofert z uwagi na nieprzekazanie go do dyspozycji ZGN Wola.

Katarzyna dostaje wezwanie do zapłaty czynszu za lokal w okresie 28.09.2016 do dnia 28.06.2017 r. Faktury przychodzą na spółkę Imperial Dragon. Kaśka odmawia ich zapłacenia. Przecież nie ma nic wspólnego ze spółką i jej zmarłymi właścicielami. Po pewnym czasie przychodzą kolejne, za ten sam okres, ale tym razem wystawione na kogoś innego. ZGN antydatował faktury z spółki Imperial Dragon na osobę fizyczną Katarzynę Szymańska (jako byłą pracownicę spółki) i na Fundację Bezpieczni Razem.

Czyli ZGN wystawił faktury na podmiot, który formalnie nie wynajmuje lokalu (bo ten sam ZGN nie chce się na to zgodzić). Szymańska zgłasza sprawę do burmistrza i urzędu skarbowego. Zero reakcji.

Mariusz Gruza, urząd dzielnicy Wola:

- ZGN Wola wystawił faktury na Fundację Bezpieczni Razem jak i na panią Katarzynę Szymańską, ponieważ wiązało się to z koniecznością skorygowania rozrachunków. Z informacji uzyskanych od pani Szymańskiej i Terenowego Zespołu Obsługi Mieszkańców Młynów wynikało, że w przedmiotowym lokalu, mimo śmierci jedynego członka zarządu spółki Imperial Dragon sp. z o.o., nadal prowadzona jest działalność gastronomiczna. Pani Katarzyna Szymańska była i jest trwale związana z lokalem przy ulicy Żytniej 64, bowiem działała jako: pracownik spółki Imperial Dragon sp. z o.o., osoba fizyczna prowadząca działalność pod nazwą "Pasja Smaku" oraz jako Prezes Fundacji Bezpieczni Razem. Dlatego też każdy z ww. podmiotów został obciążony odszkodowaniem z tytułu bezumownego korzystania z lokalu za okres, w którym faktycznie zajmował ten lokal.

Jednak wystawienie antydatowanej faktury na Fundację Bezpieczni Razem ma jeden dobry aspekt. W ten sposób ZGN dokładnie ustalił wynagrodzenie z tytułu korzystania z przedmiotowego lokalu i tym samym między stronami nawiązał się stosunek najmu. Szymańska od marca 2018 roku zaczyna płacić czynsz, mimo że formalnie wciąż nie jest najemcą. Ma jednak dowód, że ZGN jako najemcę ją traktuje. Za długi Imperial Dragon nie zamierza płacić.

ZGN nie odpuszcza.

Kaśka: - Czynsz od marca płacimy oficjalnie jako Fundacja. Niby wszystko zaczyna się składać, a tu jak królik z kapelusza w kwietniu 2018 r. pojawia się komornik nasłany przez ZGN z tytułem wykonawczym na mnie jako na osobę fizyczną - mimo że ja nie mam żadnego majątku i jestem niewypłacalna. I twierdzi, że skoro ja tu przebywam, to on uznaje ten sprzęt za mój i go zabiera na rzecz ZGN.

Radca prawny Paweł Kurcman, który pro publico bono wspiera fundację Bezpieczni Razem, przyznaje, że z taką sytuacją spotyka się po raz pierwszy. Według jego oceny ZGN powinien wypowiedzieć umowę dłużnikowi, który nie płacił - spółce Imperial Dragon - i to od niej dochodzić niezapłaconych pieniędzy za najem. Prawnik przyznaje, że nie rozumie, dlaczego to Katarzyna Szymańska została obciążona długami Imperial Dragon, przypomina, że Szymańska proponowała ugodę, ale nikt nie chciał z nią rozmawiać i podkreśla, że antydatowanie na nią faktur jest niezgodne z prawem. - Miastu chyba powinno zależeć, żeby mieć wynajęty lokal o uregulowanej sytuacji prawnej.

Wersja urzędu dzielnicy jest inna. Mariusz Gruza twierdzi, że Szymańska nie składała wniosku do ZGN o zawarcie ugody ws. spłaty zadłużenia. Powołuje się na uchwałę rady m.st. Warszawy, według której pomoc jest udzielana na wniosek osób zadłużonych. I podkreśla, że ZGN musi działać tak, żeby przy Żytniej 64 przywrócono stan zgodny z prawem. To, jaki podmiot prawo narusza, jest bez znaczenia.

Komornik pojawia się po raz drugi. Znów opuszcza lokal z całym wyposażeniem. Kaśka organizuje zbiórkę. Każdy stolik, kuchnia, naczynia – wszystko jest kupione dzięki społeczności, która wspiera Szymańską.

Bezpieczni razem

Gibalskiego, Żytnia, Tyszkiewicza – o tych rejonach mówi się żartobliwie Wolski Trójkąt Bermudzki. Sporo mieszkań socjalnych, bieda, przemoc domowa, alkoholizm. Mimo że nowe osiedla mieszają się ze starą zabudową i Młynów staje się coraz modniejszą dzielnicą, to rdzenni mieszkańcy konsekwentnie dbają o to, by te rejony zachowały swój unikalny charakter.

Kaśka pamięta przeprawę na komendzie na Żytniej, kiedy zgłaszała męża, który molestował dziecko. Tu, w Trójkącie Bermudzkim, nie każdy będzie walczył o swoje. Nie każdy zgłosi na policję to, co powinien zgłosić. Jedno odbicie od drzwi komisariatu - i jej sąsiadki, z przemocowymi mężami, niepełnosprawnymi dziećmi, poddawane przemocy psychicznej, nieśmiałe, niepewne, nieznające prawa i instancji, do których mogą się odwołać, nie wiedzą, jak dalej walczyć o swoje. Nie potrafią.

Kaśka pamięta też, jak została sama ze swoimi problemami. Gdyby nie pomoc życzliwych osób, adwokatów, przyjaciół, prawdopodobnie załamałaby się już kilkakrotnie.

To po to jest Fundacja Bezpieczni Razem. "Pasja Smaku" ma nie być tylko knajpą. Według Szymańskiej ma być wolskim centrum pomocy, aktywizacji, budowania wiary w siebie, wsparcia. Prowadzi szkolenia, kampanie edukacyjne. Organizowane są warsztaty – jak znaleźć pracę, jak walczyć o pomoc socjalną, co jest przemocą, na co godzić się nie można. Łączy ludzi – buduje relacje sąsiedzkie.

- W grupie przecież raźniej. Lepiej. Ktoś doradzi, wesprze – tłumaczy Szymańska. Gotuje dla bezdomnych z Dworca Centralnego. Na Żytniej co niedziela prowadzi warsztaty – a to, jak zrobić stroik świąteczny, biżuterię, a to jak pisać pisma urzędnicze. - "Pasja" nie jest miejscem, gdzie ludzie okopują się na pozycji ofiary. Tu uczy się, że najlepszą ofiarę robimy sami z siebie. Ale kiedy wiesz, że coś potrafisz, że nauczyłaś się, jak napisać do MOPSu, jak zaprojektować stroik – to wiesz także, że coś znaczysz, że masz wpływ, że nie jesteś nic niewarta – a to już bardzo dużo. Zwłaszcza, kiedy codziennie ktoś próbuje cię przekonać, że twoja wartość jest znikoma – dodaje.

Marcin Wołkiewicz do "Pasji" trafia przez swojego partnera Łukasza. Od razu łapie kontakt z Kaśką. Zostaje wolontariuszem, pomaga w organizacji warsztatów.

- Ludzi przychodziło więcej i więcej. Chciałem, żeby kobiety tradycyjnie wychowywane znajdowały swoje pasje. Żeby odeszły od kotleta i zobaczyły coś innego. Do "Pasji" przychodzi sporo osób z Woli, ale nie tylko. Z Ożarowa gość przyjeżdża z całą rodziną. Z Ursynowa nawet jeżdżą – opowiada.

Dla Kaśki to też rodzaj terapii. W pracy jest bez przerwy. Od rana do wieczora. W weekendy także.

Ofiara mówi dość

Kaśka:

- Nie dostałam od państwa pomocy, kiedy walczyłam z moim oprawcą. Wszystko musiałam wyszarpać własnymi zębami. Nie dostałam wsparcia finansowego. Kiedy nie miałam gdzie mieszkać, miasto nie pomogło mi w znalezieniu mieszkania. Przesłuchanie mojego dziecka, o które sama musiałam wnioskować, przypominało farsę. Brak weneckich luster, widzowie. Piotr był skrajnie zestresowany, gdy opowiadał o swoich doświadczeniach. Pracuję, walczę, pomagam ludziom. Aktywizuję społeczność na Woli. Nie proszę już o pomoc. Chcę tylko zgodnie z prawem wynajmować lokal. Nie chcę spłacać długów moich oprawców. Nie chcę być traktowana jak przestępczyni.

Czytaj także: Karmi bezdomnych, pomaga kobietom w potrzebie. "Urzędnicy chcą mnie tego pozbawić"

W lipcu 2018 roku Kasia wysyła pismo do prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Alarmuje w nim o "nadużyciach w pełnieniu funkcji urzędniczych" w ZGN Wola, wskazuje z nazwiska wicedyrektora Leszka Popłońskiego. Pisze też o "kierowanej przez niego grupie", o której mówi się "czyściciele lokali użytkowych". Wspomina też o wystawianiu pustych faktur - aby w ten sposób zadłużyć najemcę i zmusić do wyniesienia się z lokalu.

Niezależna wolska radna Aneta Skubida nie chce się odnosić bezpośrednio do opinii Szymańskiej nie zgłębiwszy sprawy. Ale przyznaje, że "naprawdę sporo lokali użytkowych na Woli stoi pustych". Dodaje, że w jej dzielnicy nieraz "brak ludzkiego podejścia w tych sprawach". Na radzie dzielnicy pyta o sprawę Kasi. "Burmistrz był bardzo pewny siebie. Nie było refleksji, czy w jakikolwiek sposób można tu pomóc".

Po drugim komorniku Kaśce zostaje papier i flamastry. Rozwieszają z Marcinem w oknach "Pasji" plakaty z opisem sytuacji. Z reszty pieniędzy kupują stoły. Kilkoro osób przychodzi do knajpy i pomaga je skręcać. Jakaś rodzina daruje na rzecz "Pasji" kuchenkę, żeby można było w knajpie gotować. Ale potrzebna jest profesjonalna kuchnia. Marcin robi zbiórkę na pomagam.pl, ludzie wpłacają razem tysiąc złotych. Kaśka z Marcinem zbierają dalej, gdzie się da - wreszcie się udaje. Ale szefowa "Pasji" ma dość.

Na początku czerwca wysyła pisma do RPO Adama Bodnara oraz Rzecznika Praw Dziecka Mikołaja Pawlaka. Czeka na rezultat. Na jakąś pomoc.

Marcin mówi, że jako mieszkaniec Woli widzi rezultaty społecznych działań Kaśki. Pracę u podstaw, budowanie wspólnoty na trudnym terenie. Uważa, że to straszne, iż ze strony miasta zamiast myślenia wspólnotowego jest myślenie plemienne. Że po jednej stronie są urzędnicy, którzy komuś wniosek odrzucą, innemu nic nie zrobią, choć powinni, a po drugiej stronie są obywatele, których można wycyckać.

- Kaśka zaczęła od zera, z teściem grożącym śmiercią i mężem molestującym dziecko. Przepisali na nią długi innej spółki, płaci za czynsz i karę za bezumowne korzystanie z lokalu. Dobrze, że mogę być wolontariuszem.

- Chciałbym podkreślić, że o zasadności roszczenia decydują sądy, a w tym przypadku wydane zostały prawomocne wyroki korzystne dla miasta st. Warszawy - odparowuje rzecznik prasowy dzielnicy Wola Mariusz Gruza.

Winda do piekła

Jest upał. Czerwiec 2019 r. W "Pasji Smaku", już nie "U Rzeźnika", na ścianach wiszą portrety Kaśki. Szefowa knajpy mieszczącej się w lokalu wynajmowanym oficjalnie przez dwóch denatów mówi, że nie pozwoli z siebie zrobić ofiary.

Najbardziej lubi jeździć tramwajem. Jest wtedy poza pracą, domem, lokalem. Patrzy na ludzi, na to, co za oknem. Odpoczywa.

- Agata, ja od pięciu lat nie mam czasu na życie. Dziecko, fundacja, walka o prawo do lokalu – nie dają mi zapomnieć o traumie. Mojej i Piotrka. Ja bym już dawno poszła dalej, ale nie mogę. Codziennie zjeżdżam windą do piekła.

Znów przerywa rozmowę. Starsi, rodziny z dziećmi i młodzi zamawiają tatara, pierogi, chłodnik. Trzeba ich obsłużyć. Uśmiech, pewny głos.

- Nie wyglądam na ofiarę i to jest moje przekleństwo.

Polub WP Wiadomości
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Ważne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące