Cicha wojna na południu Libii. Tuaregowie i Tebu walczą o swoje miejsce

• Libia wciąż pogrążona jest w chaosie po upadku Muammara Kadafiego
• W kraju funkcjonują dwa rywalizujące ze sobą ośrodki władzy
• W cieniu ich konfliktu toczy się cicha wojna między ludami pustyni
• Tuaregowie i Tebu walczą o kontrolę nad szlakami przemytniczymi i złożami ropy
• Ale są tylko pionkami w zaciętej rozgrywce wielkich graczy
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Cicha wojna na południu Libii. Tuaregowie i Tebu walczą o swoje miejsce
(AFP, Fot: JOSEPH EID)

Pięć lat po wybuchu zbrojnej rebelii przeciwko Muammarowi Kadafiemu, Libia wciąż rozdzierana jest wewnętrznymi konfliktami. W kraju funkcjonują dwa rywalizujące ze sobą ośrodki władzy - uznawany przez społeczność międzynarodową i powszechnie postrzegany jako świecki rząd w Tobruku oraz będący po części emanacją ugrupowań islamistycznych rząd w Trypolisie. Między tymi dwiema frakcjami łokciami rozpychają się grupy dżihadystyczne, z najgroźniejszym Państwem Islamskim na czele.

Ale w cieniu tego konfliktu rozgrywa się inna wojna. Na południu Libii, w sąsiedztwie wielkich pól naftowych i dochodowych szlaków przemytniczych, swoją walkę o miejsce w postrewolucyjnym kraju toczą ludzie pustyni z dwóch rywalizujących ze sobą plemion. Historię tego konfliktu przypomina w reportażu telewizja VICE News.

Tuaregowie kontra Tebu

Zamieszkujących południowy zachód Libii Tuaregów często nazywa się "Kurdami Afryki", bo podobnie jak oni nie posiadają własnego państwa, a ich koczowniczy lud rozsiany jest na terytorium kilku afrykańskich krajów. Kadafi chętnie werbował ich do swojej armii, bo jak mało kto potrafili walczyć pośród nieprzebytych piasków Sahary. Z drugiej strony faworyzujący Arabów reżim dyskryminował Tuaregów, w najlepszym przypadku traktując ich jak obywateli drugiej kategorii.

Kiedy na fali Arabskiej Wiosny przeciwko krwawym rządom pułkownika wybuchło zbrojne powstanie, ten potrzebował sojuszników. Tuaregom obiecał wszystko - równy status, pieniądze, przywileje - żeby tylko stanęli u jego boku. Wielu uwierzyło dyktatorowi, broniąc - jak się później okazało - przegranej sprawy. Choć byli też i tacy, którzy sprzymierzyli się z powstańcami.

Losy Tubu, innego koczowniczego ludu z południa Libii (zamieszkującego również północ Czadu i Nigru), do pewnego momentu toczyły się podobnymi torami. Przez dekady plemię było ofiarą forsowanych przez Kadafiego brutalnych kampanii arabizacji. Wielu przedstawicieli Tubu reżim pozbawił obywatelstwa, utrudniając im też dostęp do edukacji czy opieki zdrowotnej. Gdy w 2011 roku wybuchło powstanie, większość przyłączyła się do rebeliantów z nadzieją, że upadek Kadafiego będzie końcem ich niedoli.

Dziś oba ludy czują się oszukane, bo w rozdartym konfliktami państwie ich los wcale nie uległ poprawie. Wzięli więc sprawy we własne ręce, próbując siłą wywalczyć należne im miejsce. Tuaregowie i Tebu walczą przede wszystkim o kontrolę nad lukratywnymi szlakami przemytniczymi (głównie narkotyków, broni i uchodźców). Niegdyś były one równo podzielone między oba ludy w ramach zawartego pod koniec XIX wieku porozumienia "Midi Midi" ("Przyjaciel Przyjaciel"). Ale upadek Kadafiego i następujący po nim chaos wywrócił wszystkie dawne układy do góry nogami.

Wojna zastępcza

Główną areną walk pomiędzy plemionami jest niewielkie miasteczko Aubari, położone strategicznie pośrodku krzyżujących się tras przemytniczych. Przed Arabską Wiosną liczyło kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, głównie Tuaregów i Arabów, ale również i mniejszość Tebu. Jak możemy dowiedzieć się z reportażu VICE News, iskrą, która rozpaliła konflikt, była kłótnia pomiędzy przemytnikami z rywalizujących grup. Spór szybko przerodził się jednak w otwartą wojnę, której celem stało się również przejęcie kontroli nad pobliskim polem naftowym El Szarara, jednym z największych w Libii. Dziś władzę nad nim dzierżą tuarescy bojownicy wspierani przez zbrojne milicje z Mistraty, lecz z powodu ciągłych walk nie ma mowy o jego eksploatacji.

Tuaregowie oskarżają swoich przeciwników, że chodzą na pasku "kolonialnego" rządu w Tobruku i jego "zachodnich mocodawców". To stamtąd Tebu mają otrzymywać broń i pieniądze na prowadzenie wojny. Ale sami Tuaregowie korzystają ze wsparcia islamistycznego rządu w Trypolisie, a Tebu oskarżają ich o powiązania z Al-Kaidą. W ten sposób plemienny konflikt staje się wojną zastępczą pomiędzy dwoma rywalizującymi ośrodkami władzy w momencie, gdy oficjalnie - pod egidą ONZ - rozmawiają one o pokoju i utworzeniu rządu jedności narodowej.

Do tej pory walki wokół Aubari pochłonęły setki zabitych i rannych. Starszyzny plemienne zarzekają się, że chcą pokoju, jednak gdy zawarto zawieszenie broni - w listopadzie ubiegłego roku dzięki pośrednictwu negocjatorów z Kataru - nie było tygodnia, by któraś ze stron go nie złamała. W końcu, na początku lutego, zarówno Tuaregowie, jak i Tebu zgodzili się na rozmieszczenie w mieście oddziałów rozjemczych złożonych z bojowników arabskiego plemienia Hasawana - powszechnie szanowanego na południu Libii.

Być może przyniesie to mieszkańcom Aubari upragnioną stabilizację, niemniej wydaje się , że prawdziwy klucz do trwałego pokoju leży w Trypolisie i Tobruku. Obie zwalczające się frakcje wykorzystują pustynne ludy do realizacji własnych celów, i dopóki nie znajdą wspólnego języka, dopóty ich konflikt będzie promieniował na całe południe kraju. A na horyzoncie jawi się już kolejne zagrożenie - coraz pewniej czujące się w Libii zastępy Państwa Islamskiego.

Polub WP Wiadomości
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Ważne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.