Chaos na łączach. Tak nie działa polski system ostrzegania mieszkańców
Włączenie na początku grudnia syren alarmowych w Lubartowie miało być błędem ludzkim. Prokuratura sprawdza, czy doszło do przestępstwa. Ale jak ustaliła WP, wojskowe systemy radarowe rzeczywiście wskazały obecność niezidentyfikowanego obiektu powietrznego w powiecie lubartowskim. Zamieszanie wynikło stąd, że sygnał o zagrożeniu nadano, ale nie wszędzie go odebrano.
Prokuratura Rejonowa w Lubartowie z urzędu zajęła się alarmem powietrznym, wszczętym 6 grudnia na terenie powiatu lubartowskiego. Postępowanie jest prowadzone w kierunku czynu z art. 224a par. 1 Kodeksu karnego, który dotyczy wszczęcia fałszywego alarmu.
- Postępowanie ma na celu ustalenie, co było przyczyną spowodowania tego alarmu, czy w związku z tym zachodzą podstawy do podejrzenia popełnienia przestępstwa. Na razie są to czynności sprawdzające, które mają na celu weryfikację, czy zachodzi potrzeba wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Chcemy procesowo zweryfikować, co tak naprawdę się wydarzyło - wyjaśnia w rozmowie z WP prokurator Krzysztof Sokół, szef Prokuratury Rejonowej w Lubartowie.
Ale jak ustaliła WP, już wiadomo, że wszczęty alarm wcale nie był fałszywy. Zagrożenie wprawdzie ostatecznie się nie potwierdziło, ale wysłanie komunikatu, który upoważniał urzędników do włączenia syren alarmowych, potwierdziło nam Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych. To, co się wydarzyło, pokazuje jednak czarno na białym, jak dużo trzeba jeszcze zrobić, żeby systemy ostrzegania w Polsce działały właściwie.
13 września. Syreny zaskakują mieszkańców Świdnika i Chełma
Lubelszczyzna jest jedynym jak dotąd regionem Polski, gdzie w ostatnim czasie już dwukrotnie użyto syren alarmowych z powodu możliwego zagrożenia atakiem z powietrza. Pierwszy raz syreny włączono w sobotę 13 września m.in. w Świdniku, Chełmie i Łęcznej. Mieszkańcy usłyszeli trzyminutowy modulowany dźwięk oznaczający alarm powietrzny, czyli potencjalnie mogli spodziewać się, że na ich miasta zaraz coś spadnie. Zagrożenie na szczęście się nie potwierdziło. Już wtedy doszło jednak do wpadki, bo polecenia wydanego przez Wojewódzkie Centrum Zarządzania Kryzysowego w Lublinie nie wypełnił powiat krasnostawski. Informacja o konieczności włączenia syren nie została przekazana do gmin. Powodem miał być brak doświadczenia urzędnika.
6 grudnia. Syreny budzą mieszkańców Lubartowa
Ponownie na Lubelszczyźnie zawyło w sobotę 6 grudnia. Tego dnia bardzo wcześnie rano modulowany dźwięk usłyszeli mieszkańcy Lubartowa i kilku innych gmin w powiecie lubartowskim. Już dwa dni później wojewoda lubelski Krzysztof Komorski stwierdził, że uruchomienie syren było ludzkim błędem. Dodał, że decyzja o włączeniu alarmu została podjęta "na podstawie komunikatu, którego źródła nikt nie jest w stanie podać".
Tymczasem jak potwierdziła Wirtualna Polska, sygnał do nadania ostrzeżenia został wydany przez polskie wojsko.
"Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych potwierdza, że w dniu 6 grudnia 2025 r. doszło do aktywacji systemu powszechnego ostrzegania wojsk oraz ludności cywilnej (SPOWoLC) w związku z rosyjskimi atakami powietrznymi na obiekty znajdujące się w bezpośredniej bliskości granicy RP. Obszar potencjalnego zagrożenia obejmował województwa lubelskie i podkarpackie" - przekazał WP ppłk Jacek Goryszewski, rzecznik Dowództwa.
Dodał, że w większości powiatów aktywacja systemu miała jedynie charakter przygotowawczy. Z wyjątkiem powiatu lubartowskiego.
"W związku z sytuacją zagrożenia przestrzeni powietrznej w rejonie powiatu lubartowskiego, w którym systemy radarowe wskazały obecność niezidentyfikowanego obiektu powietrznego, został nadany komunikat o natychmiastowym zagrożeniu. Po dokonaniu dalszej weryfikacji sytuacji i wykluczeniu zagrożenia przekazane wcześniej informacje zostały zaktualizowane, a potencjalne zagrożenie zostało wykluczone po około 20 minutach" - informuje ppłk Goryszewski.
Co może zaskakiwać, sygnał wysłany przez Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych do Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego w Lublinie w ogóle nie dotarł.
"Dyżurny Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego nie odebrał w dniu 06.12.2025 r. komunikatu o zagrożeniu z powietrza, ponieważ nie było takiego komunikatu w sieci ostrzegania KF" - przekazał w odpowiedzi na pytanie WP rzecznik wojewody lubelskiego Marcin Bubicz.
Urzędnik z Biłgoraja odbiera sygnał przez internet
Wspomniana sieć ostrzegania KF (działająca na falach krótkich) służy właśnie do alarmowania przez wojsko o zagrożeniach. Skoro sygnał nie dotarł do Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego, to dlaczego syreny alarmowe w Lubartowie zostały włączone? Tylko dzięki inwencji jednego z urzędników i to z Biłgoraja, położonego aż o 150 km na południe od Lubartowa. Wirtualna Polska przeanalizowała, w jaki sposób doszło do całego zamieszania.
Zaczęło się od sygnału o możliwym zagrożeniu odebranego drogą SMS-ową 6 grudnia około godz. 4:44. SMS-y to standardowy sposób przekazywania informacji przez Wojewódzkie Centrum Zarządzania Kryzysowego. W ostatnim czasie są przesyłane zawsze, kiedy Rosja atakuje cele w Ukrainie położone niedaleko polskiej granicy. W każdym potencjalnie zagrożonym powiecie takie wiadomości dostaje kilka osób. Jeśli SMS przychodzi w nocy, każdy dyżurny urzędnik powiatu odpowiadający za zarządzanie kryzysowe rusza z domu do siedziby urzędu, gdzie prowadzi dalszy nasłuch w sieci alarmowania wojewody. SMS to zatem sygnał, aby być w pełnej gotowości i słuchać.
Realnie trzeba jednak liczyć, że od chwili odebrania SMS-a przez kolejne około pół godziny urzędnik, który przekazuje do gmin sygnały o włączaniu syren, nie słyszy komunikatów od wojewody.
Wspomniane już wcześniej radiostacje KF do odbioru sygnałów o zagrożeniu atakiem z powietrza posiada Wojewódzkie Centrum Zarządzania Kryzysowego w Lublinie, ale większość samorządów już nie. To problem ogólnopolski, na początku grudnia pismo w tej sprawie do Związku Powiatów Polskich skierował starosta gryficki. Ale to właśnie z powodu braku radiostacji KF najpierw sygnał powinien dotrzeć do województwa, a dopiero potem do powiatów poprzez sieć alarmowania wojewody. W tym wypadku jednak urzędnik z Biłgoraja komunikat odebrał w inny sposób: za pomocą aplikacji, która streaminguje w internecie sygnały nadawane przez wojsko. Jak słyszymy od innego urzędnika zajmującego się zarządzaniem kryzysowym, ten sposób nie był dotychczas zakazany, ani nawet wskazywany jako niewłaściwy. Nawet podczas ćwiczeń i szkoleń był wskazywany jako odpowiednik dla użycia radiostacji KF, których samorządy nie mają.
- W tej chwili po ostatnim zdarzeniu dowiedzieliśmy się, że mamy tylko słuchać oficjalnych komunikatów od wojewody. Mamy już nie słuchać sygnałów wojskowych przez tę aplikację. Tylko, że jeśli 6 grudnia byśmy opierali się tylko na sieci wojewody, to przecież się okazało, że te sygnały nie zostały nam przekazane. Urzędnik z Biłgoraja usłyszał na streamingu, a urzędnik wojewody nie usłyszał sygnału na swojej niezawodnej sieci - mówi WP urzędnik z jednego z powiatów, który chce zachować anonimowość.
Ostrzeżenie krąży po województwie. "Głuchy telefon"
Sygnał odebrany w Biłgoraju został przekazany telefonicznie, ale nie od razu do Lubartowa, tylko najpierw do Łęcznej.
- To było jak głuchy telefon. Jedna osoba przekazywała coś drugiej, a ta kolejnej - ocenia krytycznie źródło WP z administracji rządowej.
Ale jak słyszymy od jednego z urzędników powiatowych, pracownicy wydziałów zarządzania kryzysowego znają się ze wspólnych szkoleń i starają się wspierać, zwłaszcza nocą, kiedy jest zagrożenie, że SMS może nie zostać odczytany. Jak mówi, pracownicy bardzo obawiają się, że przeoczą taką wiadomość. Dlatego starają się nawzajem budzić i ostrzegać. Urzędniczka z Łęcznej natychmiast przekazała informację o zagrożeniu do koleżanki z Lubartowa, bo to właśnie tego rejonu dotyczył nadany przez wojsko komunikat.
WP nieoficjalnie ustaliła, co wydarzyło się później. Urzędnicy starostwa w Lubartowie po otrzymaniu SMS-a od WCZK i telefonu z sąsiedniego powiatu ruszyli w drogę do budynku powiatu, gdzie mieli prowadzić dalszy nasłuch komunikatów od WCZK. W międzyczasie zaczęli już jednak obdzwaniać pracowników 13 gmin położonych na terenie powiatu, aby ci włączyli syreny alarmowe. Właśnie wtedy w Lubartowie i 8 innych gminach można było je usłyszeć (w 4 gminach z 13, syren nie włączono).
Po dojeździe do siedziby starostwa, urzędnicy zweryfikowali aktualną sytuację w Wojewódzkim Centrum Zarządzania Kryzysowego. Byli w szoku, kiedy dowiedzieli się, że SMS z ostrzeżeniem z nakazem prowadzenia nasłuchu został wysłany, ale już komunikatu o konieczności włączenia syren województwo nie podało. W takiej sytuacji znowu trzeba było obdzwonić 13 gmin, aby odwołały alarm. Odwołanie polega zaś na ponownym uruchomieniu syren z ciągłym dźwiękiem przez trzy minuty.
Urzędnik wydziału kryzysowego zapowiada wstrzemięźliwość
Po wpadce sprawa jest wyjaśniana nie tylko przez prokuraturę, ale również wewnętrznie na poziomie Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego i samorządów. Odbyły się już dodatkowe szkolenia dla urzędników. Przekazano dokładnie, jak ma się odbywać powiadamianie o zagrożeniach z powietrza i czyich komunikatów słuchać.
- Nam nie chodzi o to, żeby wygenerować teraz lęk wśród operatorów, tylko żeby rzetelnie zbadać, co się wydarzyło i mieli świadomość, na czym polegał błąd - zapewnia w rozmowie z WP wojewoda lubelski Krzysztof Komorski.
Ale jeden z urzędników samorządowego wydziału zarządzania kryzysowego stwierdza, że cała sytuacja z pewnością spowoduje ich znacznie większą wstrzemięźliwość.
- Po tej całej nagonce, żaden z nas, pracowników zarządzania kryzysowego, jeśli nie otrzyma powiadomienia pisemnego, że należy uruchomić syreny, nie uruchomi tych syren - zapowiada rozmówca WP.
Starosta lubartowski Jan Sławecki zwraca uwagę na podstawowy problem w całym systemie ostrzegania, że przechodzi on aż przez kilka kolejnych szczebli drabiny informacyjnej. Od wojska do województwa, stamtąd do powiatu, a stamtąd dopiero do gmin. Na tym poziomie też rzadkością wciąż są syreny włączane automatycznie. Zazwyczaj trzeba włączyć je ręcznie.
- Bardzo krytycznie odnoszę się do tego, że w sytuacji kiedy powinniśmy reagować w minutach, musimy korzystać z systemu porozumiewania się na kilku poziomach co daje zwłokę nawet 1,5 godziny. To nie ma prawa zadziałać - mówi WP starosta Jan Sławecki.
Dowództwo Operacyjnej Rodzajów Sił Zbrojnych w odpowiedzi na pytanie WP odmówiło skomentowania tego, w jaki sposób informacje przepływały po stronie cywilnej, czyli pomiędzy urzędami.
- Sprawa została bardzo szczegółowo zbadana przez nasze służby. Wiemy, na czym polegał ten błąd i będziemy przeprowadzać szkolenia dla wszystkich powiatowych centrów zarządzania kryzysowego. Potraktujemy to jako studium przypadku, tak aby ten błąd więcej się nie powtórzył - deklaruje wojewoda lubelski Krzysztof Komorski.
Paweł Buczkowski, dziennikarz Wirtualnej Polski
Napisz do autora: pawel.buczkowski@grupawp.pl