Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia. Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności.

fot.

J. Kaczyński: symbole komunizmu powinny być zakazane

Prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział, że propagowanie symboli komunistycznych powinno być w Polsce bezwzględnie zakazane, podobnie jak w wypadku symboli faszystowskich.

W ten sposób prezes PiS odniósł się do inicjatywy posłów Lewicy: Tadeusza Iwińskiego i Sławomira Kopycińskiego, którzy zapowiedzieli zaskarżenie do TK części wrześniowej nowelizacji Kodeksu karnego, która rozszerza przepis dotyczący sankcji za propagowania ustrojów totalitarnych, w tym komunizmu. W opinii posłów, przyjęte zmiany mogą doprowadzić do absurdów, np. zakazu emisji serialu "Czterej Pancerni i pies" czy nakazu rozbiórki Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie.

- Jestem za zdecydowanym rozprawieniem się z symbolami komunistycznymi w Polsce. Nie widzę żadnych różnic między obecnością tych symboli a obecnością np. symboli faszystowskich - powiedział Jarosław Kaczyński. Podkreślił, że
Komunizm był systemem ludobójczym, który doprowadził do zamordowania dziesiątek miliardów ludzi Jarosław Kaczyński
komunizm był "systemem ludobójczym, który doprowadził do zamordowania dziesiątek miliardów ludzi".

Szef PiS opowiedział, że kilkadziesiąt lat temu w Odessie słuchał o Wielkim Głodzie na Ukrainie. - Tam po raz pierwszy usłyszałem, że był robiony w sposób celowy, że jeździły pociągi z żywnością, ludzie się rzucali na te pociągi i byli rozstrzeliwani z karabinów maszynowych - mówił.

- Symbole tego systemu powinny zniknąć w Polsce. To powinno być stosowane w sposób całkowicie bezlitosny. Żaden symbol komunistyczny nie ma prawa być w Polsce, bo to są symbole systemu ludobójczego, który powinien być stawiany na równi z nazizmem niemieckim - uważa prezes PiS.

Pod koniec września sejm, nowelizując Kodeks karny, w którym zaostrzył m.in. kary za pedofilię, rozszerzył też artykuł 256, dotyczący sankcji za propagowanie ustrojów o charakterze totalitarnym. Nowela Kk nie weszła jeszcze w życie.

Obecnie art. 256 mówi m.in., że "kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch". Sejm do art. 256 dodał podpunkt, zgodnie z którym tej samej karze miałby podlegać ten, "kto w celu rozpowszechniania produkuje, utrwala lub sprowadza, nabywa, przechowuje, posiada, prezentuje, przewozi lub przesyła druk, nagranie lub inny przedmiot, zawierające, będące nośnikiem symboliki faszystowskiej, komunistycznej lub innej totalitarnej".

Wyjątkiem miałaby być tutaj tylko działalność artystyczna, edukacyjna, kolekcjonerska czy naukowa.
PAP
Bojownicy Frontu Obrony Ludności Lewantu ((Dżabhat al-Nusra) fot.

Gdzie USA bije Państwo Islamskie, tam Al-Kaida korzysta

• Naloty USA na Państwo Islamskie mogą wzmacniać Al-Kaidę
• Front al-Nusra, związany z Al-Kaidą, zyskuje na sile w Syrii
• Strategia USA zakłada nieatakowanie pozycji Frontu al-Nusra
• Dżihadyści z Frontu walczą w Syrii z dżihadystami ISIS
• USA liczą na to, że Front nieświadomie pomoże w eliminacji ISIS


Nie jest tajemnicą, że Państwo Islamskie z otwartą wrogością odnosi się do Al-Kaidy oraz talibów, jej protektorów z Afganistanu i Pakistanu. Dlatego wojna z ISIS zaczyna być postrzegana w Stanach Zjednoczonych z jeszcze jednej perspektywy - jako mimowolna pomoc dla Al-Kaidy, bowiem każde osłabienie Państwa Islamskiego może być wykorzystane przez organizację Ajmana az-Zawahiriego i jej odnogi.

Amerykański wywiad i przedstawiciele departamentu obrony ostrzegają, że skupienie się na bombardowaniu i osłabianiu Państwa Islamskiego, choć zaczęło przynosić efekty, jednocześnie odwiodło Stany Zjednoczone walki z Al-Kaidą.

W przypadku Syrii chodzi o Front Al-Nusra, czyli bojowe oddziały zrzeszone z Al-Kaidą, które nie są jednak celem amerykańskich nalotów. Przyczyna jest prosta, obie organizacje wzajemnie się zwalczają i Waszyngton liczy, że Front dołoży swoją "cegiełkę" w walce ze wspólnym wrogiem. Problem w tym, że może się to okazać bronią obosieczną. - Front al-Nusra i ISIS się nie dogadują… Chyba można powiedzieć, że w pewnym stopniu, na osłabieniu ISIS, może korzystać Front al-Nusra - mówił w ubiegłym tygodniu gen. Sean MacFarland, dowodzący operacją przeciwko Państwu Islamskiemu.

Próżnia po ISIS

Serwis Daily Beast donosi, że obecnie w Stanach Zjednoczonych ścierają się dwie koncepcje. Przeciwnicy ataków wymierzonych w Al-Kaidę w Syrii twierdzą, że Front al-Nusra jest w tej chwili jedyną siłą, która jest w stanie uczestniczyć walkach na lądzie, dzięki czemu konflikt nie sprowadza się do wojny pomiędzy Państwem Islamskim a Baszarem al-Asadem.

W centralnym dowództwie amerykańskiego wojska pojawiły się jednak wątpliwości co do realizacji takiej strategii. Zdaniem anonimowego przedstawiciela resortu obrony, część oficerów obawia się odbudowy Al-Kaidy. - Naloty i chaos w regionie otworzył jej furtkę - mówił na łamach The Daily Beast. - Jest jasne, że ISIS traci parę, a inni ekstremiści sunnicy, jak Al-Kaida mogą się umocnić - dodawał. Zwolennicy pozostawienia Frontu al-Nusra w spokoju argumentują jednak, że nawet jeśli korzysta on na amerykański na lotach, to "zysk" w pierwszej kolejności przełoży się na zaatakowanie Państwa Islamskiego.

The Daily Beast zauważa, że sytuacja w Sryii zmusiła Front al-Nusra do pewnej ewolucji poglądów, która pozwoliła nie tylko przetrwać organizacji w starciu w ISIS, ale także powoli odbudować swoją pozycję. Pod wpływem ekstremalnych postaw Państwa Islamskiego, bojownicy Frontu celowo kreują się na rebeliancką grupę, związaną z Syryjczykami, przeciwnymi władzy Asada. Front nie eksponuje też brutalności w takim stopniu, w jakim robi to ISIS, choć nie odżegnuje się od twardych reguł szariatu.

Błędna strategia?

O tym, że Stany Zjednoczone pomijają kwestię Frontu al-Nusra na początku tego roku informowały dwa konserwatywne think tanki, American Enterprise Insitute oraz Institute for the Study of War. W swoich dokumentach przestrzegały przed lekceważeniem problemu, argumentując, że strategia, która uderza w ISIS, ale pozwala przetrwać Frontowi, w przyszłości zagrozi bezpieczeństwu USA.

O ile Amerykanie wciąż wstrzymują się przed atakami na Front al-Nusra, to Rosja od początku swojej interwencji bombarduje wszelkie grupy, które walczą z armią Baszara al-Asada, nie wyłączając ugrupowań bezpośrednio wspieranych przez USA. Minister spraw zagranicznych Rosji, Siergiej Ławrow, mówił w ubiegłym tygodniu, że dla Kremla Front al-Nusra jest takim samym celem jak Państwo Islamskie.
dailybeast.com, WP
fot.

Marcin Makowski o „Dobrej zmianie” według PiS-u: Nie tak to miało wyglądać

- „Ostatnie lata to bardzo ciężki okres dla wielu z nas. Niech nadchodzący 2016 rok, będzie rokiem spełnienia marzeń i pełnym sukcesów” - mówił w życzeniach świątecznych na YouTube jeden z członków Forum Młodych PiS w Krakowie. No i się ziściło. Świeża kadra, bez konkursów i z partyjnego nadania, zasiadła w ciepłych fotelach spółek Skarbu Państwa. Nie, żeby było w tym coś nowego, w końcu zastąpili swoich kolegów z PO i PSL. Nowe miały być jednak standardy uprawianej polityki – pisze Marcin Makowski dla Wirtualnej Polski.

Wołanie o etos

Nikomu nie trzeba przypominać, pod jakim hasłem i z jakimi ideałami Prawo i Sprawiedliwość szło do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Obietnica „Dobrej zmiany” potrafiła skusić nawet wyborcę centrowego, zmęczonego aferami, nepotyzmem i aurą bezkarności panującą wokół ośmioletnich rządów PO-PSL. Niestety, coraz więcej wskazuje na to, że zamiast realnej „Dobrej zmiany” w etosie uprawianej polityki, mamy do czynienia w kolejnym odcinkiem niekończącego się przetasowania partyjnego, którego kluczem merytorycznym stała się dewiza: „Dobra, zmiana”. Wystarczyło przecież tylko pobieżnie zbadać preferencje wyborcze ogromnej rzeszy Polaków, żeby przekonać się, jak duże jest zmęczenie nie tyle oglądaniem w telewizji Tuska i Kopacz, co generalnie - stylem uprawianej polityki. Stąd dobry wynik Kukiza, danie szansy postpolitycznej .Nowoczesnej i kredyt zaufania części młodej inteligencji dla partii RAZEM. PiS na czas kampanii również podobne nadzieje podsycało. W tle były polsko-polskie wojny, na pierwszym planie podniosła atmosfera dźwigania kraju z dusznych układów, partyjnych konotacji, kolesiostwa i braku transparentności.

Przecież właśnie w duchu powrotu surowej moralności, prezes Jarosław Kaczyński odwołał swoich złotych chłopców z „afery madryckiej”. Dziś Adam Hoffman, choć poza polityką, z pomocą partyjnych przyjaciół rozkręca biznes w branży Public Relations. Z kolei Mariusz Antoni Kamiński, po absolutnym wyautowaniu, nagle jak Filip z Konopi wskakuje na fotel szefa Polskiego Holdingu Obronnego. Podobnie wygląda sytuacja Marcina Mastalerka, od niedawna dyrektora wykonawczego ds. komunikacji korporacyjnej w Orlenie. Pomyśleć, że raptem dwa tygodnie wcześniej usłyszałem od znajomego z kręgów rządowych, jakoby popularny „Masta” szansy na wielkie pieniądze nie dostał, bo jak głosi tajemnica poliszynela, w towarzystwie kolegów wzgardził telefonem od Jarosława Kaczyńskiego, ostentacyjnie odrzucając połączenie. Prezes podobno bywa pamiętliwy, i gest ten odczytał jako brak karności oraz pracę w partii motywowaną koniunkturalizmem. Czy zatem z punktu widzenia politycznej pragmatyki jest coś dziwnego w powrocie tych osób do kręgów rządowo-biznesowych? Oczywiście, że nie. Nie tacy ludzie wracali w łaski Kaczyńskiego, po okresie skruchy i medialnej kwarantanny oczywiście. To zrozumiałe, że osoby ambitne i utalentowane, nawet jeśli ze skazą, lepiej trzymać przy sobie na bezpiecznych posadach, niż wypuścić rozżalone i bez niczego do stracenia w ręce opozycji.

„Praca, nie obietnice”

Gdzie w takim razie leży problem? Chodzi o z gruntu naiwną wiarę, że zmieniając władzę, zmienić można również styl rządzenia. A styl właśnie, najwyraźniej widać nie na świeczniku, ale w partyjnych dołach, gdzie instynkt samozachowawczy radnych i działaczy bywa momentami uśpiony. Przykładem niech będzie Kraków, w którym Forum Młodych PiS na swoim Facebooku bez żadnej krępacji życzy koleżance i koledze samych sukcesów w dwóch spółkach Skarbu Państwa. Z dnia na dzień, bez żadnego konkursu, zewnętrznej rekrutacji i weryfikacji kompetencji 31-letnia Małgorzata Popławska została wiceprezesem Krakowskiego Parku Technologicznego, a jej młodszy kolega Łukasz Kmita - szefem krakowskiego KRUS-u. Oficjalne komentarze FM PiS pod artykułami w mediach lokalnych, ogłaszającymi transfery brzmią: „FM jest dumne, że miało takiego członka i taką przewodniczącą !! A niedowiarki i krytycy szybko zmienią zdanie”, oraz „Gratulujemy !! Łukasz Kmita Przewodniczący FM PiS w Olkuszu został szefem krakowskiego KRUS-u. Młody, wykształcony ale już doświadczony samorządowiec, świetny organizator” (pisownia oryginalna). Popławska i Kmita będą mieli pod sobą ponad 150 pracowników, często z wielokrotnie wyższym stażem. Jak przyznała sama Popławska, „Dostałam propozycję od Jadwigi Emilewicz, wiceminister rozwoju”. Panie poznały się podczas organizacji paneli o kobietach w polityce podczas ostatniej kampanii samorządowej. Wystarczyło.

Czy w przytoczonych przykładach jest coś, czego do tej pory nie widzieliśmy? Jak pokazują reakcje większości identyfikujących się z prawicą internautów, którzy komentowali wymienione awanse - choć wszystko odbywa się zgodnie z literą prawa – niesmak pozostaje. I pozostawać musi. Nie ma innej możliwości w sytuacji, w której wielu wyborców zaufało PiS oczekując zerwania z praktykami uskuteczniania wewnętrznej giełdy pracy z instytucji rządowych. Karygodny przecież nie jest sam fakt, że wszędzie gdzie wchodzą młodzi z PiS-u zastępują starych z PO-PSL, ale że zupełnie bez zażenowania proces ten odbywa się z nadania partyjnego - z wyłączeniem zasady wolnorynkowej konkurencji kompetencji. Ktoś wrzuca sobie informacje na Facebooka, cieszy się z awansu kolegów, jakby objęcie prezesury ogromnej instytucji przez świeżo upieczonego politologa z Olkusza było rzeczą tak oczywistą, jak pustynie na Marsie. W końcu, „praca, nie obietnice”.

Nie idźcie tą drogą

Prawdziwa „Dobra zmiana” była zapowiedzią zmiany stylu i etosu uprawianej polityki. Właśnie dlatego od ludzi, którzy dochodzą do władzy można i trzeba wymagać więcej niż od tych, którzy skompromitowani oddają stery. Właśnie na tym polega oczyszczająca moc demokracji – cyrkulacja elit jest jak mechanizm samoregulujący powstające z czasem patologie. Niestety coraz częściej mam wrażenie, że PiS zachowuje się tak, jakby doszło do wniosku, że chwilową zmiana wizerunku na partię koncyliacyjną i dialogiczną po wyborach należało zrzucić jak sztywny gorset, krępujący ruchy w tańcu. A sam taniec był co najmniej nietaktowny, kiedy dotychczas balujące towarzystwo należałoby rozgonić i zastąpić swoimi, których zaprosi się do stołu.

Tylko chyba nie o to chodziło, nie taki hasła miało się wypisane na sztandarach. Chcę wierzyć, że wymienione przypadki to tylko efekt odwiecznych personalnych roszad, w imię zasady, że nie da się „dołów” i „szczytu” urządzić jak w urzeczywistnionej utopii. Ostatecznie to efekt pracy nowopowołanych osób będzie wiarygodną oceną decyzji władzy, ale myliłby się ten, kto sądzi, że ludzie za kilka lat zapomną o stylu uprawianej polityki. Tak samo sądziła Platforma Obywatelska, a gdzie dzisiaj jest, widzimy wszyscy. Nie każde faux pas da się przykryć socjalem.

Marcin Makowski dla Wirtualnej Polski

Marcin Makowski - dziennikarz, historyk i publicysta. Stale współpracuje z "Do Rzeczy" i "Rzeczpospolitą", "Tygodnikiem Powszechnym". Redaktor portalu Jagielloński24.pl.