Zasługi Kościuszki dla nowej ludomanii są powszechnie znane. Rajdowiec i smakosz, do niedawna był właścicielem swojskiej sieci restauracji Chłopskie Jadło. Do niedawna, bo Kościuszko, choć wciąż kocha wszystko, co przaśne i prowincjonalne, nieoczekiwanie pozbył się interesu.
- Kiedy zaczynałem podawać chłopskie jedzenie, panie w szpilkach wchodziły do naszej chaty, by zapytać o de volaille'a i klimatyzację. Odpowiadałem wówczas, że jakiegoś tam dewolaja żaden porządny chłop by nie tknął, a jak mu było gorąco, to wyjmował sobie okno ze ściany. To była praca u podstaw - przekonać ludzi do prostoty, do szlachetności potraw i zwyczajów, u których źródeł jest ziemia - wspomina. - A teraz? Wkurzyłem się, znudziłem. Okazało się, że chłopomania, nie tylko kulinarna, weszła w fazę groteskowego
szaleństwa. Mam wrażenie, że zewsząd jak w wielkim McDonald's ogarnia nas wieśniactwo.
W związku z tym Jan Kościuszko będzie zakładał zupełnie inne restauracje. Także regionalne, ale dalekie od polskiej prowincji: meksykańską, teksaską, andaluzyjską.
O tym jednak małżeństwo F. nie ma zielonego pojęcia. - My zrobiliśmy wszystko, by zasymilować się z "chłopstwem" - zapewniają. - Zaczęliśmy nawet uczyć się gwary, żeby choć w ten sposób obłaskawić
sąsiadów. Wszystko na nic. Wciąż byliśmy dla nich jak przybysze z kosmosu.
Nowa jakość wzięła w łeb
Waldemar Kuligowski, antropolog kultury z Poznania, o konflikcie cywilizacji miejskiej i wiejskiej przekonał się, prowadząc badania w Alternatywnej Wiosce Ekologicznej w Wolimierzu. Wioska jest kojarzona
najczęściej z artystycznym przedsięwzięciem Klinika Lalek.
W założeniu miało to być miejsce, w którym ludzie miejscy integrują się z wiejskimi, by stworzyć nową, wspaniałą ekologiczno-estetyczną jakość. Z badań Kuligowskiego wynika tymczasem, że przedsięwzięcie
wzięło w łeb. Najpierw spłonęła karczma, w której miały odbywać się przedstawienia, potem z dymem poszedł dom jednego z aktorów. Miastowych artystów (początkowo osiedliło się kilkadziesiąt osób) mieszkańcy Wolimierza nazywali buszmenami i cudakami. Irytowały ich stroje aktorów, ich odmienny styl życia. W tym poruszanie się po wolimierskich polach na koniach i bez odzienia.
- Panie - usłyszał od rozżalonego miejscowego poznański naukowiec - 45 lat z babą żyję i ani razu nie widziałem jej rozebranej, a tu taka miastowa całkiem goła jeździ!
Dlatego w ekologiczno-artystycznej wiosce Wolimierz od dawna nie wystawiono nowego przedstawienia, a zdrową żywnością bez większych sukcesów zajmuje się jeden neowieśniak. Inni wyjeżdżają do Niemiec na
prace sezonowe lub propagują na miejscu masaż shiatsu.
- Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że dzieci nowych osadników uciekły do miasta - zauważa Waldemar Kuligowski. - Odrzuciły wielkie ideały rodziców i proste wieśniacze życie. Nie chciały odśnieżać
dróg, łatać dachów, rąbać drzewa na opał i palić w piecu.
Swingujący las to przyszłość
Małżeństwo F. nosi się teraz z zamiarem kupna domu niedaleko Wrocławia. Z widokiem na las i sąsiadów mieszczuchów. Najchętniej w osadzie takiej, jak proponuje rodzima firma deweloperska, która zamierza wzbogacić podwrocławską Dolinę Krzeptową o 172 domki jednorodzinne. "To właśnie tam - reklamuje się AS Bau - swingujący las wprawia w dobry nastrój, a pszczoła sąsiadka niby ukradkiem zwiedza filiżankę kawy".
- To będzie swojskie, ale bardzo bezpieczne życie - przekonuje Monika Kuczyńska, przedstawicielka dewelopera. Jej zdaniem domy na podmiejskiej, ale "cywilizowanej" prowincji to przyszłość polskich firm budowlanych.
- Mieszczuchy, nie próbujcie osiedlać się na wsi! - apeluje Bożena Wahl. - Jeśli już musicie, kupujcie domki pod lasem, daleko od wiejskiej społeczności. Nigdy nie będziecie przez nią zaakceptowani. Jesteście z innej bajki.
Anna Szulc
wydanie internetowe: www.przekroj.pl