Skoro wspomina Pan o wyborach prezydenckich. Julia Pitera, powiedziała w rozmowie z Wirtualną Polską, że Pan Prezydent prędzej czy później przyjdzie do PO, bo będzie musiał mieć jakieś wsparcie polityczne przy kolejnych wyborach.
- Kolejne
wybory będą za cztery lata, każdy będzie musiał się zastanowić, czy chce w nich kandydować, i jak je wygrać. Ja także, ale żebym musiał dzisiaj się zdeklarować, gdzie przyjdę i co zrobię, jest jeszcze za wcześnie. Mam jeszcze 4 lata, więc się nie denerwuję. Staram się być niezależny w sposób zdecydowany, aczkolwiek spokojny i wydaje się, że to widać po prezydenturze tego pierwszego roku. Są w niej weta i ustawy przesyłane do Trybunału Konstytucyjnego. Są decyzje, które się nie wszystkim podobają, a które ja uważam za konieczne z punktu widzenia interesu Polski. I nie zamierzam nikomu schlebiać licząc na wdzięczność.
Episkopat ze zdziwieniem i smutkiem przyjął Pana decyzję o podpisaniu noweli umożliwiającej handel piwem na stadionach. Zarzucano Panu, że nie chciał Pan wysłuchać argumentów Kościoła, stowarzyszeń kibiców i autorytetów potępiających ustawę. Krytykowano również pośpiech, jaki towarzyszył pracom nad tym dokumentem.
- Niektórzy piją piwo w zaciszu domowym i przypuszczam, że dotyczy to różnych szacownych osób, z różnych środowisk, i nie widzę w tym większego problemu. To nie jest ustawa z inicjatywy prezydenta, ale rządu, która znalazła większość w polskim parlamencie. Oczywiście mógłbym ją wyrzucić do kosza w całości, tyle że wtedy wyrzuciłbym do kosza również cały szereg rozwiązań ważnych z punktu widzenia bezpieczeństwa na stadionach i walki z chuligaństwem. Nie ma takich ustaw, które byłyby samą beczką miodu, bywają także ustawy, w których w beczce miodu jest łyżka dziegciu. Przypomnę, że ustawa nie zezwala na handel piwem na stadionach, tylko na podjęcie w tej sprawie decyzji przez samorząd. To on wie najlepiej, czy mieszkańcom danej miejscowości sprzyjają kibice czy grożą kibole.
Czyli Pana zdziwiło takie stanowisko Episkopatu?
- Ja się niczemu nie dziwię, a przynajmniej nie uzewnętrzniam swoich emocji w tym zakresie. Gdybym kierował się oczekiwaniami wszystkich, musiałbym wetować każdą ustawę.
Kardynał Stanisław Dziwisz stwierdził, że Kościół ma prawo do własnego zdania, również na temat polityki. Jak Pan, jako prezydent, który często odwołuje się do swoich chrześcijańskich korzeni, widzi rolę Kościoła w polityce?
- Bezpośrednie angażowanie Kościoła w politykę albo wnikanie do niego polityki, jest jednym z największych stojących przed nim zagrożeń. Niewątpliwie i wewnątrz samego Kościoła są pokusy demonstrowania swoich sympatii partyjnych. Ale są i cyniczne zabiegi poszczególnych środowisk politycznych dążące do instrumentalnego traktowania Kościoła. Niedawno mieliśmy tego przykład we Wrocławiu, gdzie kampanię wyborczą zorganizowano wprost przy ołtarzu, z udziałem już nie księdza, ale kandydata na posła. Tego rodzaju sytuacja stanowi niesłychanie atrakcyjną
pożywkę dla wszystkich postaw antyklerykalnych. Uważam, że to są zjawiska, które powinny być bardzo głęboko analizowane przez hierarchów kościelnych, ale także przez każdego, kto czuje się cząstką Kościoła. Nie prezydent należy do Kościoła, tylko Bronisław Komorowski, prywatna osoba. I ja, jako członek Kościoła, boję się o skutki takiego łatwego wnikania doń polityki. Wydaje mi się, że nadchodzi taki czas, w którym sami wierni zaczną walczyć o wyrugowanie polityki ze swego Kościoła w imię utrzymania jego wspólnotowego charakteru. Czym innym jest jednak ocena różnych zjawisk i problemów dotyczących nas wszystkich. Tu Kościół jest i będzie ważnym uczestnikiem publicznej debaty.
Panie Prezydencie, czy podjął Pan już jakąś decyzję ws. prof. Gilowskiej?
- Nie, takiej decyzji nie ma, bo pani profesor wycofała się z bardzo złego pomysłu bezpośredniego angażowania się w kampanię wyborczą PiS-u, jako członek RPP. Myślę że perspektywa kryzysu w tej kwestii, którą można było odczytać z zapowiedzi, że prawnicy Kancelarii Prezydenta analizują ten przypadek, poskutkowała. Mimo to wydaje się, że szukano jeszcze jakichś rozwiązań, które pozwoliłyby być owcy całej i wilkowi sytym.
Mówiło się, że PiS, dopuszczając możliwość wystąpienia Zyty Gilowskiej, testowało Pana w ten sposób.
- Nie wnikam, co kto mówił, robię swoje. Mogę powiedzieć jedno: lepiej jeśli perswazja i presja przynoszą pozytywne efekty w postaci zaniechania czynu łamiącego ustawę i wycofania się z pomysłu w porę.
Angela Merkel powiedziała oficjalnie, że nie będzie komentować słów Jarosława Kaczyńskiego na swój temat. Ma Pan jakieś nieoficjalne informacje, jaka była jej reakcja na fragment książki prezesa PiS?
- Nie mam. Nie chcę komentować przebiegu kampanii wyborczej, ale ta sprawa dotyczy żywotnych interesów państwa polskiego, więc mogę podzielić się swoja opinią.
Można domniemywać, że ta książka była przygotowywana pod koncepcję agresywnej kampanii wyborczej, a później, gdy zmieniono zdanie i zdecydowano się na bardziej "lajtową" kampanię, zapomniano o tym fragmencie. Stąd cały kłopot, który niestety uderza w interesy państwa polskiegoBronisław Komorowski o książce Jarosława Kaczyńskiego Można domniemywać, że ta książka była przygotowywana pod koncepcję agresywnej kampanii wyborczej, a później, gdy zmieniono zdanie i zdecydowano się na bardziej "lajtową" kampanię, zapomniano o tym fragmencie. Stąd cały kłopot, który niestety uderza w interesy państwa polskiego. To niesłychanie rzadkie zjawisko, by ktoś z poziomu byłego premiera i pretendenta do funkcji premiera uprawiał politykę insynuacyjną w takiej sprawie, w stosunku do przywódcy liczącego się i sąsiedzkiego kraju. To trzeba rozpatrywać już nie z poziomu kampanii wyborczej, która wiele dopuszcza, ale z perspektywy interesu polskiego, opinii o Polsce i to nie tylko w Niemczech, ale i w całej Europie. Ta wypowiedź jest wypowiedzią dyskwalifikującą, jeśli chodzi o postawę propaństwową, dlatego zasugerowałem Jarosławowi Kaczyńskiemu, by przeprosił i zamknął sprawę.
Powiedział, że nie przeprosi, bo nie ma za co. Twierdzi, że nie miał zamiaru sugerowania związków Angeli Merkel ze Stasi.
- I co ja mam teraz powiedzieć? Niestety, istnieje wolna wola także w szkodzeniu państwu.
Jeśli Jarosław Kaczyński wygra, będzie Pan musiał z nim współpracować. Co Pan myśli o tej współpracy w świetle jego wypowiedzi o niemieckiej kanclerz?
- Wiadomo, że najlepiej współpracować z osobą, która ma postawę propaństwową. Tu stawiam kropkę.
Prezes PiS deklarował ostatnio, że będzie z Panem współpracował.
- Traktuję te słowa jako moje zwycięstwo moralne, pokłosie zwycięskiej kampanii prezydenckiej, gdzie mówiłem, że zgoda buduje.
W trakcie sprawowania urzędu prezydenta kontynuowałem strategię (zgoda buduje), nie odmawiałem mu podania ręki. Oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że nie zastanawiam się, czy słowa Jarosława Kaczyńskiego są tylko pustymi słowami czy czymś więcej, czy będą miały jakąś wartość po zakończeniu kampanii wyborczej.Bronisław Komorowski
W trakcie sprawowania urzędu prezydenta kontynuowałem tę strategię, zapraszałem prezesa na spotkania Rady Bezpieczeństwa Narodowego, nie odmawiałem mu podania ręki. Liczą się czyny. Oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że nie zastanawiam się, czy słowa Jarosława Kaczyńskiego są tylko pustymi słowami czy czymś więcej, czy będą miały jakąś wartość po zakończeniu kampanii wyborczej.
Jarosław Kaczyński nie zgodził się na debatę z Donaldem Tuskiem, twierdząc, że nie chce dyskusji w oparach absurdu. To dobrze, że do starcia nie doszło?
- Każda z sił politycznych ma prawo do własnej taktyki wyborczej, ale strategicznym celem demokracji powinno być danie wyborcom realnej szansy oceny liderów, bo w ten sposób mogą wyrobić sobie opinię o całej partii, dlatego bardzo żałuję, że do niej nie dojdzie. Nie wiem, jaki byłby jej przebieg.
Rozmawiali: Agnieszka Niesłuchowska i Sławomir Cedzyński, Wirtualna Polska