Nagle okazało się, że na pracy policji zna się lepiej niż niejeden jej poprzednik. Że w rozmowie z szeregowymi policjantami porusza najważniejsze aspekty ich pracy. Że rozumie, kiedy mówią, że nowy komputer zwiększy wydajność ich pracy, a specjalistyczny sprzęt wpłynie na wyniki. To ona jest autorką pomysłu służb ponadnormatywnych, które uratowały Warszawę w 2002 r. Komenda Stołeczna Policji miała wówczas tysiąc wakatów, nie było komu patrolować ulic. Ewa Gawor wymyśliła, jak poprawić zarazem bezpieczeństwo i budżet domowy warszawskich policjantów. Stworzyła nieobowiązkowe ośmiogodzinne służby za 200 zł brutto (160 zł netto) i mundury znowu wróciły na ulice.
Także ona pomogła komendantowi Mularzowi uporać się z brakami kadrowymi po tym, jak Oddziały Prewencji w Piasecznie opuścił ostatni zaciąg poborowych odrabiających w policji obowiązkową służbę wojskową. Kiedy komendant postanowił ściągnąć do stolicy na miesięczny staż absolwentów szkół policyjnych z całego kraju, Ewa Gawor bez wahania zgodziła się zapłacić za ich pobyt. Nie boi się niepopularnych decyzji i zamiast budować kolejne komisariaty czy remontować istniejące, woli inwestować w bezpieczeństwo mieszkańców. – Praca jest moją pasją. I wszystko, co robię, robię na sto procent. Bo jeśli się odpowiada za bezpieczeństwo dwóch milionów ludzi, nie można dawać z siebie 50 procent – tłumaczy.
Wyzwanie, które podnosi wszystkie włosyPraca z takimi kobietami to dla komendanta stołecznego Adama Mularza kolejny argument za tym, że panie sprawdzają się w zawodach związanych z bezpieczeństwem. – W garnizonie stołecznym pracuje 1695 pań. Tak samo jak ich koledzy pełnią służbę patrolową na ulicach miasta i biorą udział w zabezpieczeniach imprez masowych. Zdarzają się sytuacje, że niwelują napięcia i rozładowują trudne sytuacje. Bez nich nie wyobrażamy sobie pracy, w myśl powiedzenia, że kobiety łagodzą obyczaje – mówi insp. Adam Mularz.
Kobiety chętnie widzi na odpowiedzialnych stanowiskach, takich jak naczelniczki wydziałów czy komendantki komisariatów. Na razie komendantka jest w Warszawie jedna, ale – jak podkreślają jej przełożeni – doskonała.
Małgorzata Domagalska przeszła wszystkie możliwe kursy zawodowe – od podstawowego, poprzez podoficerskie, po oficerskie. Jest magistrem zarządzania i absolwentką dwóch kierunków studiów podyplomowych – zarządzania jakością i zasobami ludzkimi. Swoim CV zawstydziłaby niejednego dyrektora ban_ku. Od 19 lat w policji, w mundurze od 17. Zanim pięć lat temu została komendantką komisariatu metra, pracowała nad wdrażaniem systemu zarządzania jakością zgodnie z procedurą ISO 9001. Kierowała staraniami o certyfikat, który miał być ukoronowaniem przemiany milicji w policję. – Chodziło o zmiany w mentalności, zadbanie o to, by – przychodząc do komendy – interesanci czuli się ważni i byli traktowani z szacunkiem – tłumaczy komendant Domagalska.
Po czterech latach pracy w maju 2005 r. certyfikat przyznano całej komendzie stołecznej i jej 11 tys. policjantów. Miesiąc później komendant stołeczny Ryszard Siewierski mianował Małgorzatę Domagalską szefową komisariatu warszawskiego metra. – Byłam zaskoczona i trochę przerażona, ale ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że podejmę się tego zadania. Lubię wyzwania w swoim życiu. Poczułam, że znów mogę się sprawdzić – wspomina.
Nigdy nie ukrywała, że pierwsze miesiące w komisariacie nie należały do najłatwiejszych – znała jednostkę i zasady zarządzania, ale codziennie uczyła się czegoś nowego o codziennej służbie. Najtrudniejsze było lato – miesiąc po zamachach w londyńskim metrze jej dyżurny odebrał telefon z informacją o bombie, która miała wybuchnąć za piętnaście minut. Udało się sprawnie ewakuować wszystkich pasażerów, ale tego strachu nie da się porównać z niczym.
– Kiedy mijała piętnasta minuta, zrozumiałam, że powiedzenie o włosach stających dęba nie jest ani trochę przesadzone. Czułam, jak każdy z moich włosów, a mam ich sporo, podnosi się i kłuje jak szpilka – wspomina.
Palec pani policjant dyscyplinuje budrysówJuż za jej kadencji nowy komendant stołeczny Jacek Kędziora zlikwidował w komisariacie pion kryminalny na rzecz prewencji, dzięki czemu na stacje wyszło dodatkowo 20 policjantów. I policjantek, bo od kiedy została komendantką, liczba kobiet zatrudnionych w komisariacie znacznie się zwiększyła. Dziś panie stanowią 15 procent ponadstuosobowego zespołu. – Są ambitne, poważnie podchodzą do swoich obowiązków i, wbrew obiegowej opinii, radzą sobie podczas trudnych interwencji. Potrafią postępować z osobami agresywnymi. Do tego stopnia, że krążą o nich anegdoty. Wystarczy że pani policjant pokiwa palcem, by ostudzić najzuchwalszych budrysów – śmieje się komendant Domagalska.
Jej podwładne są stanowcze, co nie znaczy męskie. – Zawód policjanta kojarzony jest jako męski i panowie są do niego często lepiej predysponowani, ale jestem przekonana, że żeby być dobrą funkcjonariuszką, nie trzeba udawać mężczyzny. Sama zawsze przyznaję, że jestem stuprocentową kobietą – mówi Małgorzata Domagalska. Na makijaż i ułożenie włosów przeznacza dziennie zaledwie kilka minut. Wstaje o szóstej, żeby przed pracą wyprawić do szkoły dwoje dzieci i dotrzeć do centrum. Zamiast siłowni woli aktywny wypoczynek z dziećmi – bowling albo wycieczki rowerowe. Pytana, kiedy znajduje na to czas, otwiera oczy ze zdziwienia.
– Po prostu znajduję. To chyba kwestia dobrej organizacji. Kiedy jest się zorganizowanym, znajduje się czas na wszystko i łatwiej zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem osobistym – tłumaczy. Pytana o zawodowe cele, pokazuje statystyki za 2009 r. – tylko 85 poważnych kradzieży i 39 uszkodzeń mienia. Jak na miejsce, przez które w dni robocze przewija się 600 tys. osób – wyniki znakomite.
– Chciałabym utrzymać ten stan, tym bardziej że 91 procent osób ocenia bezpieczeństwo w metrze jako bardzo dobre i dobre – mówi komendant Domagalska. Zmieniłaby tylko jedno. Marzy jej się, by rozproszony po stacjach komisariat miał wreszcie jedną siedzibę, najlepiej na powierzchni. Bo do obecnej, pozbawionej okien, nigdy nie dociera słońce. I nie chodzi tu tylko o estetykę, ale zdrowie i komfort pracy.
Jak już frezować, to koniecznie estetycznieO swoich podwładnych dba też dyrektor Zarządu Dróg Miejskich Grażyna Lendzion,
kobieta, która przełamała męską hegemonię w ostatnim bastionie testosteronu, jakim od lat było drogownictwo. Żeby zdobyć stanowisko, pokonała w konkursie ratusza dwóch kandydatów płci męskiej. Miała jednak olbrzymie szanse, bo znana już była jako naczelnik Wydziału Dróg w ZDM, gdzie nadzorowała popularne frezowania, czyli weekendową wymianę wierzchniej części asfaltu jezdni. Co roku blisko 100_km stołecznych ulic otrzymuje nową nawierzchnię – średnio dwie, trzy tygodniowo. Prace zaś nie paraliżują miasta tak jak wielkie remonty. Do Warszawy przyjeżdżają specjaliści z innych miast, żeby podglądać, jak koordynowane są te prace. Dzięki Lendzion drogowcy dbają też o estetykę wykonywanych prac. – Kobiety zarządzają inaczej. Podczas ubiegłorocznego remontu Al. Ujazdowskich panowie układali przy studni płytki kamienne, ale tak, jak im było wygodnie. Powiedziałam, że absolutnie się na to nie zgadzam, bo to paskudnie wygląda. Ma być ładnie! – opowiada Grażyna Lendzion.
Dyrektor ZDM pracy nie kończy z godzinach funkcjonowania urzędu, bo potrafi skontrolować budowę również w nocy. Zwraca uwagę, że coś stoi krzywo i nie jest widoczne dla kierowców albo prosi pracowników, żeby posprzątali po sobie pojemniki z resztkami jedzenia. – Jestem upierdliwa, ale panowie mnie szanują – mówi. – Krzyczę bardziej niż oni, bo czasem tylko „francuskie” wyrazy działają na panów – dodaje.