- Przy wyprowadzce na wieś polecam mieszczanom zaopatrzenie się w empatię, czyli umiejętność wsłuchania się w potrzeby tubylców - wyjaśnia Krzysztof Czyżewski, szef fundacji Pogranicze w Sejnach, który wiele lat temu zamienił Poznań na prowincję. - Nie miejmy zbyt wielu oczekiwań wobec tych, do których się wprowadzamy. Pokażmy raczej, że dla społeczności, w której chcemy żyć, możemy być użyteczni.
Doktor Nowak podaje konkretny przykład: w bieszczadzkiej wsi grupa osiadłych w niej warszawiaków ostro zaoponowała, gdy tubylcy zaczęli domagać się od gminy kanalizacji i lepszych dróg. Neowieśniacy oznajmili wówczas, że nie po to przenosili się na zabitą dechami prowincję, by nagle zaczęła przypominać miasto. Oni chcą grzęznąć autami w błocie, a za potrzebą zamykać się w sławojce.
- Konflikt interesów jest nieuchronny - podsumowuje doktor Nowak. - Nie da się pogodzić tak różnych światów i światopoglądów. - Właśnie dlatego uciekłam do miasta - mówi Katarzyna, córka znanego polskiego artysty, która najpierw uciekła z miasta do wsi. Teraz boi się podawać szczegółów na swój temat. Jest przekonana, że gdyby ją
zidentyfikowano, jej willa - czerwona, trzypiętrowa, zdecydowanie inna niż pozostałe domy w okolicy - w odwecie natychmiast zostałaby przez miejscowych złupiona.
Katarzyna mieszkała na wsi 10 lat. Ten okres określa jako "koszmar". - I nie chodzi o to - wyjaśnia - że musiałam robić raz w tygodniu wielkie zakupy w miejskich hipermarketach, bo wiejscy sklepikarze chodzili spać po dobranocce. Nawet nie o to, że straciłam większość znajomych, bo nikomu nie chciało się mnie tak daleko odwiedzać. Najgorsze było wścibstwo moich sąsiadów. Interesowali się każdym aspektem mojego życia. Towarzyskim, seksualnym, nawet religijnym. Kiedy nie przyjęłam księdza po kolędzie, następnego dnia pół
wsi przestało mówić mi "dzień dobry".
Dwa miesiące temu Katarzyna przeprowadziła się do apartamentu w mieście. Przyznaje, że diabli wzięli jej sielskie wyobrażenia o wsi.
Dewolaja chłop nie dotknie
Marzena i Tomasz F. z Wrocławia kupili w końcu dom na Podhalu. Urządzili go dość ekstrawagancko: w oknach wiejskiej chaty nowoczesne witraże, na ścianach budynku wielobarwny, malowany kolaż.
- Górale przyglądali się naszemu domostwu z wyraźnym niesmakiem - opowiada Marzena F. - Bywało, że przechodząc, ostentacyjnie pluli nam do ogródka.
F. byli wieśniakami przez półtora roku. Dwa lata temu, gdy wyjechali na święta do Wrocławia, ich chałupa z niewyjaśnionych dotąd przyczyn poszła z dymem. - Od początku miejscowi traktowali nas jak obcych, odmieńców - przyznaje Marzena F. - Nasze próby zintegrowania się z lokalną społecznością były ignorowane lub wyśmiewane. Zapraszaliśmy sąsiadów na ognisko z kiełbasą, proponowaliśmy wspólne śpiewy. Zmieniliśmy nawet upodobania: przestało nam smakować sushi, zaczęły grule i moskole. Staliśmy się, chcąc nie chcąc, ludomaniakami. Czytaliśmy Tetmajera, a poza domem bywaliśmy jedynie w góralskich karczmach, ewentualnie restauracjach firmowanych przez innego
ludomaniaka Jana Kościuszkę.
wydanie internetowe: www.przekroj.pl