Płk Edmund Klich powinien zostać odwołany ze stanowiska przewodniczącego Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych? Podobno wniosek o jego odwołanie jest już gotowy.
- Jeśli Edmund Klich rzeczywiście czułby się winny, to sam zrezygnowałby ze swojej funkcji. Jako oficer powinien honorowo powiedzieć: „Nie sprostałem zadaniu, odchodzę”. To by znaczyło dużo więcej niż słowo „przepraszam”. Powinien również wyjaśnić, w jaki sposób zabezpieczał polskie interesy jako polski akredytowany przy MAK, jak nadzorował opinię fonoskopijną czy sekcje zwłok ofiar - jakie miał do tego zaplecze i kto nawalił? Być może nie miał odpowiedniego wsparcia ze strony rządu. Ucięcie sprawy poprzez odwołaniem go ze stanowiska nie wystarczy.
Dziś nie mam żadnego zaufania do ustaleń komisji Jerzego Millera. Uważam jednak, że powinna wznowić działania, chociażby po to, by poprawić swój raport, który zawiera oczywiste nieprawdy.Mec. Bartosz Kownacki
Zaskoczyło pana, że Edmund Klich nagrywał rozmowę z szefem MON?
- Dla mnie podważa to jego wiarygodność i pokazuje, jaką osobą naprawdę jest. Nie mówiąc już o tym, że jeśli urzędnik nagrywa ministra, to jest to coś niebywałego. Pytanie – dlaczego to zrobił? To dowodzi, że od samego początku czuł, po jak niepewnym gruncie stąpa. Wiedział, że sprawa jest niewygodna, że lepiej się ubezpieczyć nagrywając innych urzędników. Podejrzewam, że to nie jest jedyne nagranie, jakiego dokonał. Pewnie jest ich więcej.
Wdowiec po Aleksandrze Natalii-Świat mówił w programie Tomasza Lisa, że 21 miesięcy po katastrofie ma poczucie, iż znaleźliśmy się w punkcie wyjścia.
- Może nie tyle w punkcie wyjścia, ile nie poruszamy się do przodu. Przecież wciąż nie otrzymaliśmy od Rosji wszystkich potrzebnych dokumentów, nie mamy rzetelnej dokumentacji z początkowej fazy śledztwa, nie dysponujemy wiarygodnymi opiniami z sekcji zwłok.
Na miejscu wypadku podobno wciąż można znaleźć ludzkie szczątki.
- Wiemy to od polskich archeologów, którzy podczas swojej wizyty kilka miesięcy po katastrofie odnaleźli tam ogromną liczbę przedmiotów, elementów samolotu, a także szczątków ofiar. To dowodzi, że ta ziemia nigdy nie została przez Rosjan przekopana, o czym nas zapewniali, zebrali tylko to, co znaleźli na wierzchu.
Komisja Jerzego Millera powinna wznowić prace? Poprawić swój raport?
- Raport komisji Millera, podobnie jak raport MAK, uważam za bardzo słaby. Polska komisja pracowała w dużej mierze na dokumentach przekazanych przez Rosjan, wykonała bardzo mało własnych ekspertyz. Zresztą po ujawnieniu krakowskiej opinii fonoskopijnej śmiem podważać ich jakość. Dziś nie mam żadnego zaufania do ustaleń rządowej komisji. Być może eksperyment na tupolewie też był oparty na czyimś wrażeniu. Być może przycisk „uchod” nie zadziałał 9 na 10 razy, więc komisja uznała, że nie działał zawsze.
Prokuratura nie daje sobie rady ze śledztwem smoleńskim. Widać to było wielokrotnie po wypowiedziach prokuratora SeremetaMec. Bartosz Kownacki
Uważam jednak, że komisja powinna wznowić działania, chociażby po to, by poprawić swój raport, który zawiera oczywiste nieprawdy. Na ich usunięciu powinno zależeć premierowi. Przecież z takim raportem Polska staje się pośmiewiskiem. Wątpię, czy oprócz sprostowań, komisja będzie potrafiła intelektualnie czy też wydolnościowo zrobić cokolwiek więcej. W tej kwestii bardziej liczę na prokuraturę.
Jarosław Kaczyński uważa, że śledztwo powinno zacząć się od początku, mimo że prokuratura wojskowa nadal nie skończyła śledztwa i to nie ona opublikowała raport, który okazał się być oparty na błędnych przesłankach.
- Od początku prace prokuratury były chaotyczne. Wyznaczono za mało prokuratorów i urzędników, aparat administracyjny był niewystarczający, by obsłużyć tak poważną sprawę. Po odwołaniu prokuratora Marka Pasionka nadzór w ogóle nie funkcjonuje. Prokuratura nie daje sobie rady z tym śledztwem. Widać to było wielokrotnie po wypowiedziach prokuratora Seremeta, który mówił coś, czego nie potrafili potwierdzić później prokuratorzy referenci. Oczywiście nie można też mówić, że prokuratura wszystko robi źle. W ostatnim czasie znacznie polepszyły się jej stosunki z rodzinami ofiar. Trzeba też przyznać, że prokuratorzy starają się bezpośrednio przeprowadzać dowody – świadczy o tym m.in. krakowska
ekspertyza czy ekshumacja ciała śp. Zbigniewa Wassermanna. Prokuratorzy w końcu ją zrobili, choć mam wrażenie, że przez wiele miesięcy bali się podjąć taką decyzję.
Czego się bali?
- Tego, jak zareaguje opinia publiczna, przełożeni, być może były na nich wywierane jakieś naciski. Pamiętamy przecież, że prokurator Seremet początkowo twierdził, że nie można przeprowadzić ekshumacji w okresie wiosenno-letnim. Później okazało się, że jednak ją przeprowadzono w tym czasie.
Zdaniem Joachima Brudzińskiego odpowiedzialność za złą sytuację w prokuraturze wojskowej, szczególnie w kontekście śledztwa smoleńskiego, ponosi szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej gen. Krzysztof Parulski. Pan również ma zastrzeżenia do jego działań?
- Tak. Źle zorganizowana praca prokuratorów na samym początku, która do dziś pokutuje, to właśnie jego wina, on był szefem tej instytucji. Jego decyzja o odwołaniu prokuratorów Marka Pasionka i Zbigniewa Woźniaka to wynik przenikania polityki w śledztwo smoleńskie. Gen. Parulski nie mając zaufania do osób związanych z inną opcją, wolał ich po prostu usunąć. To był katastrofalny błąd. Prok. Pasionek świetnie znał sprawę, naprawdę chciał ją wyjaśnić. Być może usuwając go i zmniejszając nadzór nad śledztwem szef NPW chciał zamieść sprawę pod dywan. Odejście gen. Parulskiego może tylko pomóc w śledztwie.
Antoni Macierewicz oskarża wojskowych prokuratorów o liczne błędy i twierdzi, że dalsze śledztwo powinni poprowadzić nowe osoby.
- Odsunięcie dotychczasowych prokuratorów byłoby katastrofą. To są ludzie, którzy najlepiej znają tę sprawę. Ktoś nowy musiałby się w nią wgryzać przez wiele lat, a czas biegnie. To nie oznacza, że z obecnej pracy prokuratury jestem zadowolony. Uważam, że ten zespół nie tyle powinien zostać zmieniony co poszerzony o nowe osoby.
Macierewicz, powołując się na analizy amerykańskich ekspertów, przekonuje, że bezpośrednią przyczyną katastrofy nie było uderzenie z brzozę, ale dwa wielkie wstrząsy.
- Ten wątek jest bardzo ważny i należy zwrócić uwagę na to, co podają te osoby. Profesorowie z USA podkreślają, że ich ustalenia oparte są na modelu teoretycznym. Nie mają dostępu do wszystkich potrzebnych dokumentów źródłowych, jak choćby m.in. zapisu ATM, opinii z oględzin wraku, czy dokładnych pomiarów uszkodzeń. Prosili o nie prokuraturę, ale nie otrzymali od niej zgody. Dopiero dysponując wszystkimi danymi model nabrałby cech rzeczywistych. W tym kontekście całkowicie nie rozumiem działań prokuratury, która od wielu miesięcy odmawia nam wydania kopii zapisu ATM, aby właśnie niezależni eksperci mogli na niej pracować. To pozwoliłoby rozwiać wszelkie wątpliwości.
Nie przekonują więc pana analizy tych ekspertów?
- Nie jestem od tego, żeby oceniać, czy coś mnie przekonuje, czy nie. Chciałbym, aby mogli wreszcie zacząć pracować na całości dokumentów.
Macierewicz jest pewny, że wersja z brzozą jest fikcją.
- Ma prawo mocno stawiać swoje tezy. Ja jako adwokat mogę się opierać tylko na dokumentach. A tych nie mamy. A te które posiadamy są w dużej części nieprawdziwe, o czym mówiłem wcześniej. Dlatego teza, że to był zwykły wypadek, który był wynikiem błędów pilotów, jest tak samo bezpodstawna, jak mówienie o tym, że samolot został zestrzelony.