- Dziś sypią się i raport MAK, i raport komisji Jerzego Millera. Chyba sam Donald Tusk zrozumiał, że został oszukany przez Rosjan. Jeśli pozwala, by inne państwo tak nas traktowało, pluło nam w twarz, to znaczy, że nie potrafi stać na straży polskiej godności - mówi w wywiadzie dla Wirtualnej Polski Bartosz Kownacki. Pełnomocnik części rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, w tym wdowy po gen. Andrzeju Błasiku, a także poseł Klubu Parlamentarnego Solidarna Polska ujawnia też, że polska prokuratura po wielu miesiącach starań w końcu otrzymała od Rosjan zdjęcia wykonane tuż po katastrofie. – Dowodzą one, w jak skandaliczny sposób potraktowano szczątki ofiar. Ciała wkładano do trumien brudne, w workach. Przecież można było tych ludzi umyć, ubrać, zapewnić im minimum godności - podkreśla.
Paulina Piekarska: Czy opinia biegłych z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, zawierająca nowy odczyt czarnej skrzynki Tu-154M, przybliżyła nas do prawdy o tym, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 r.?
Mec. Bartosz Kownacki: Pokazała mały fragment prawdy. Widzimy, że sypie się zarówno raport MAK, jak i raport komisji Jerzego Millera. Ekspertyza dowiodła, jak nierzetelnie były wykonane oba dokumenty. Rosjanie nie postępują uczciwie, a polski rząd niestety uległ ich kłamstwom, czego dowodem jest raport komisji.
Ekspertyza została wykonana na podstawie kopii. Oryginały nagrań mogłyby wnieść do sprawy jeszcze więcej?
- Dla czystości procesowej biegły powinien pracować na oryginale. Kopia zawsze obciążona jest pewną dozą ryzyka. Prokuratorzy powiedzieli, że mają pewność, że nie było tu żadnego fałszerstwa, ponieważ w Moskwie mieli możliwość porównania kopii z oryginałem. Moim zdaniem nie można jednak wykluczyć w 100%, że pracując na oryginalnych taśmach, nie udałoby się im uzyskać dodatkowych informacji.
MAK już sprawę załatwił, w sposób wygodny dla strony rosyjskiej. Świat usłyszał, co miał usłyszeć.Mec. Bartosz Kownacki
Jak wdowa po gen. Błasiku zareagowała na opinię krakowskich biegłych?
- Znaliśmy tę ekspertyzę dużo wcześniej, niż została ona ujawniona w mediach, ale wiem, że pani Ewa czekała na konferencję prasową prokuratorów. To pokazuje, jak była zaszczuta przez ten cały czas. Nawet gdy zobaczyła dokument podpisany przez biegłych, uwierzyła w niego dopiero wtedy, gdy przeczytano go głośno. Dopiero wtedy poczuła ulgę. W tym miejscu trzeba oddać szacunek prokuraturze, która w tej sytuacji zachowała się tak jak należy. Podejrzewam, że po części konferencja została zorganizowana właśnie ze względu na rodziny – prokuratorzy mieli świadomość, jak jest to dla nich ważne.
MAK powinien odnieść się do najnowszych materiałów opublikowanych przez polską prokuraturę? Przewodniczący rosyjskiego zespołu stwierdził, że Komitet wykonał już swoje zadanie i nie widzi podstaw do ponownego zajmowania się tą sprawą.
- Powinien się odnieść, ale wiadomo, że tego nie zrobi. MAK już sprawę załatwił, w sposób wygodny dla strony rosyjskiej, więc po co ma znowu do niej wracać? Świat usłyszał, co miał usłyszeć. A to, że część dokumentów była fałszywa, niewiele ich obchodzi. Polski rząd powinien przewidzieć taką sytuację zaraz po katastrofie. Dziś nie ma nawet trybu formalno-prawnego do zmuszenia MAK-u do zabrania głosu w tej sprawie.
Donald Tusk powinien wymóc to na stronie rosyjskiej?
- Dzisiaj tylko przy nacisku ze strony polskiego rządu jesteśmy w stanie cokolwiek wyegzekwować. Rosjanie sami z siebie na pewno nie podejmą żadnej decyzji. Dla nich sprawa jest zamknięta. Ale gdybyśmy głośno mówili na arenie międzynarodowej o tym, jak nierzetelne są rosyjskie dokumenty, że część z nich została sfałszowana i że domagamy się międzynarodowej komisji, Rosja musiałaby się do tego odnieść. Wtedy nie mogłaby milczeć. Ale to pozostaje w gestii rządu i naszych dyplomatów.
Premier raczej nie podejmie takich działań.
- W mojej ocenie polityka międzynarodową polskiego rządu jest w ogóle na bardzo niskim poziomie. Uwierzyliśmy Rosjanom, że uczciwie wyjaśnią sprawę katastrofy. Dziś już wiemy, że nas oszukali. Chyba sam
Donald Tusk po raporcie MAK zrozumiał, że został oszukany. Raport Millera okazał się nieudolną próbą obrony polskiego interesu. Nic dziwnego, premier boi się przecież reakcji Rosji. Po części go rozumiem – żeby się jej postawić, potrzeba determinacji i odwagi. Przypomnę jednak, że w katastrofie nie zginęło kilka przypadkowych osób, tylko prezydent i najważniejsi urzędnicy państwa. Jeśli pozwalamy, by inne państwo tak nas traktowało, to znaczy, że premier i
rząd nie potrafią stać na straży polskiej godności. Pozwalamy, żeby ktoś nas oszukiwał i pluł nam w twarz.
Co nasz rząd powinien zrobić w tej sytuacji?
- Działać w dwóch kierunkach - formalno-prawnym – wszcząć postępowanie karne w stosunku do osób, które po stronie rosyjskiej dopuściły się fałszerstwa, ale też pociągnąć do odpowiedzialności dyscyplinarnej lub karnej polskich biegłych przy komisji MAK, którzy - jak się okazało - w nienależyty sposób chronili nasze interesy. Przecież ich zadaniem było m.in. kontrolowanie, jak sporządzana jest opinia fonoskopijna, czy jak przebiega proces sekcji zwłok. Skoro tego nie dopilnowali, to po co tam w ogóle byli? Po wszczęciu takich procedur można zacząć rozmowy z Rosją. Powiedzieć wprost, że nie zgadzamy się na takie traktowanie. Oczywiście groziłoby to bardzo poważnym nadwątleniem i tak już słabych stosunków dyplomatycznych między naszymi krajami.
W świetle najnowszych ustaleń raport MAK ma jeszcze jakąkolwiek wartość czy można go wyrzucić do kosza?
- W tym momencie wiarygodność Rosji jest dla mnie zerowa. Jeżeli kolejne przygotowane przez Rosjan dokumenty okazują się nierzetelne, to istnieje ogromne ryzyko, że wyciągnięte na ich podstawie wnioski są błędne. Dziś nie mam zaufania nie tylko do raportu MAK, ale do żadnych rosyjskich dokumentów.
Jak pan odbiera doniesienia, że żaden z polskich ekspertów nie chce się przyznać do zidentyfikowania głosu gen. Andrzeja Błasika w kabinie pilotów?
- Sytuacja jest żenująca i niebezpieczna pod względem prawnym. Przecież na dokumencie znajdują się podpisy konkretnych osób. A przy sporządzaniu rzetelnego raportu nie można opierać się jedynie na swoim „odczuciu”. Takie tłumaczenie wywołuje śmiech. Jeżeli były wątpliwości co do głosu w kokpicie, powinno się go opisać jako niezidentyfikowany.
W świadomości dużej części opinii międzynarodowej istnieje przekonanie, że to Polacy, naciskani przez pijanego generała i prezydenta, swoją brawurą doprowadzili do katastrofyMec. Bartosz Kownacki
Ktoś powinien za to odpowiedzieć karnie?
- Dziwię się, że premier nie zażądał od Jerzego Millera wyjaśnienia tej sprawy. Jeżeliby się okazało, że faktycznie ktoś dopisał głos generała na podstawie jedynie swojego „wrażenia” czy „kontekstu sytuacyjnego”, to moim zdaniem doszło do fałszerstwa intelektualnego, czyli przestępstwa.
Jacek Kurski uważa, że rząd powinien przeprowadzić kampanię informacyjną w zachodnich mediach, która będzie miała na celu „odkłamanie tez zawartych w raporcie MAK”. Uważa pan, że taka akcja jest potrzebna?
- Niestety dziś po prawie dwóch latach od katastrofy na świecie coraz mniej osób pamięta, kim był Lech Kaczyński czy gen. Błasik, ale na pewno w świadomości dużej części opinii międzynarodowej istnieje przekonanie, że to Polacy, naciskani przez pijanego generała i prezydenta, swoją brawurą doprowadzili do katastrofy. W takiej sytuacji, kiedy pojawia się tyle rozbieżności, rząd powinien zrobić wszystko, by nagłośnić tę sprawę i pokazać opinii światowej, że potrzebna jest międzynarodowe śledztwo. Żyjemy w takich czasach, że kampania medialna, uświadamiająca, że Rosjanie przekazują nam kolejne nieprawdziwe dokumenty, mogłaby okazać się skuteczna. Mamy swoich sojuszników w NATO, a to jest sprawa ocierająca się o bezpieczeństwo państwa. Moglibyśmy poprosić ich o pomoc. Powstanie międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy leży też w interesie samej Rosji – mogłaby się uwiarygodnić.
|
| |
Pana zdaniem politycy, w tym premier Donald Tusk, powinni przeprosić wdowę po gen. Błasiku oraz rodziny pilotów Tu-154M?
- To jest kwestia empatii i kultury osobistej. Przeprosiny nie załatwiają sprawy. Wolałbym nawet, żeby ktoś nie przeprosił, ale wyjaśnił, jak mogło dojść do sporządzenia tak nierzetelnych opinii, przez które przez rok żyliśmy w błędnym przekonaniu, na temat ostatnich chwil przed katastrofą.