Polskie szkoły wyższe to światowa III liga, a profil wykształcenia absolwentów mija się z potrzebami rynku pracy. Według danych GUS, wśród bezrobotnych jest już 200 tys. osób z wyższym wykształceniem, stanowią ponad 10% pozostających bez pracy. W ciągu sześciu lat odsetek ten wzrósł dwukrotnie. - Brakuje nam absolwentów z zakresu "bio-info-techno", a kształci się na potęgę pedagogów. Przy niżu demograficznym to dość kuriozalne zjawisko - zauważa dr Dominik Antonowicz, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Marcin Bartnicki: W międzynarodowych rankingach wśród 500 najlepszych na świecie uczelni pojawiają się zwykle tylko dwa ośrodki z Polski, najczęściej blisko końca listy, wyprzedza nas m.in. Islandia, niekiedy też Czechy i Węgry. Dlaczego tak się dzieje?
Dr Dominik Antonowicz: Polska, Czechy oraz Węgry grają w tej samej naukowej III lidze. Dzieje się tak z trzech zasadniczych powodów. Po pierwsze są to kraje na dorobku, w których nakłady na badania naukowe są relatywnie małe w stosunku na przykład do krajów Europy Zachodniej. Po drugie, w naszej części Europy proces umasowienia kształcenia na poziomie wyższym rozpoczął się w połowie lat 90. i uczelnie warszawskie, praskie czy budapesztańskie od jakiś 15 lat przede wszystkim zajmują się kształceniem i nadrabianiem zaległości edukacyjnych w swoich krajach. Podobny proces przechodziło większość krajów „Starej Unii” w latach 70., więc miały wystarczająco dużo czasu, aby przeorientować się na badania naukowe. Wreszcie trzeci powód to fakt, że przed rokiem 1989 w naszej części Europy uniwersytety miały kształcić studentów, a badania miały prowadzić Akademie Nauk. W ten sposób uczelnie z krajów Europy Środkowo-Wschodniej są póki co na dalekich miejscach w rankingach uniwersyteckich.
|
| |
Kiedy w Polsce nastąpi takie przeorientowanie na badania naukowe?
- Przejście następuje w dużej mierze już teraz, jest ono determinowane niżem demograficznym. Uczelnie z trudem zmieniają kurs, są jak tankowce, tzn. aby zawrócić, potrzebują dużo czasu, ale ten proces już trwa, jest widoczny już od 2008 roku. To wynika z faktu, że uczelnie przez ostatnie 20 lat zarabiały głównie na kształceniu - dostawały na to pieniądze z budżetu państwa, dodatkowo dorabiały sobie kształceniem w systemie płatnym. To źródełko wysycha, ponieważ liczba maturzystów i kandydatów jest coraz mniejsza. Uczelnie muszą szukać alternatywnych źródeł finansowania. Takim właśnie obszarem są badania naukowe. Jest to źródło mniej stabilne ze względu na dużą konkurencję. Tych pieniędzy jest jeszcze w Polsce stosunkowo niewiele, ale widoczna jest pozytywna zmiana.
Ukierunkowanie na masowe kształcenie nie dotyczy tylko funkcjonowania instytucji, ale również strategii indywidualnych. Oto prosty przykład, gdy naukowiec przez 20 lat miał do wyboru wykłady na studiach zaocznych, które dawały mu drugą lub nawet trzecią pensję, albo jakiś marny grosz za prowadzone badania, to podejmował decyzję o tym, żeby pracować w soboty i w niedziele po osiem godzin. W konsekwencji potem nie był w stanie normalnie pracować nad badaniami bo zajmował się dydaktyką na studiach dziennych. Ten proces skończył się w 2005 roku, źródło finansowania, jakim są studenci wygasa i uczelnie, które mają potencjał będą orientowały się na badania. Badania naukowe również mogą być doskonałym interesem, na świecie są nawet lepszym interesem niż kształcenie. Natomiast uczelnie, które nie mają potencjału ograniczą działalność i będą kształciły regionalnie.
|
| |
Czy sektor prywatny wychodzi naprzeciw uczelniom? Jest zainteresowany takimi usługami, czy pieniądze na badania są pozyskiwane tylko z budżetu państwa?
- Problem jest strukturalny, ponieważ polski kapitalizm to przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie mają wystarczająco dużych budżetów, aby zamawiać badania w uczelniach. Drugi sektor tego kapitalizmu to duże międzynarodowe korporacje, które zamawiają badania, albo we własnych laboratoriach, albo szukają instytucji i uczelni w krajach, z których pochodzą. To powoduje, że instytucje badawcze w Polsce mają mniej zamówień na badania - nie ma na nie popytu. Nie do końca też wiadomo, co uczelnie są w stanie zaoferować sektorowi prywatnemu. Są uczelnie i zespoły badawcze, które współpracują bardzo ściśle i odnoszą sukcesy, ale są to jeszcze „samotne wyspy” sukcesu.
System zarządzania polskimi uczelniami jest dość archaiczny i można go określić jako „sułtański”, rektor posiada dużą władzę w drobnych sprawach, ale trudno jest mu strategicznie kierować uczelnią, podejmować trudne decyzjedr Dominik Antonowicz
Nie mam jednak wątpliwości, że rozwój gospodarki spowoduje wzrost popytu na badania naukowe. Musi temu jednak towarzyszyć zmiana podejścia samych badaczy. Zespoły badawcze muszą wyjść poza sztywną strukturę dyscyplin akademickich w kierunku badań interdyscyplinarnych. Świat na zewnątrz uczelni nie jest poszatkowany na socjologię, psychologię, pedagogikę, fizykę i chemię tylko potrzebuje rozwiązań problemów, które mają charakter interdyscyplinarny.
Co musiałoby się stać, aby w 2030 roku dwie lub trzy polskie uczelnie znalazły się wśród 50 lub 100 najlepszych na świecie, czy to w ogóle możliwe?
- Myślę, że dwie polskie uczelnie wśród 50 najlepszych w Europie są bardzo realne, trochę trudniej będzie wskoczyć do pierwszej setki uczelni na świecie. Co musi się stać? Na pewno ilość środków przeznaczanych na badania naukowe musi systematycznie rosnąć, ale przede wszystkim musi zmienić się ich struktura. W krajach naukowo zaawansowanych 2/3 środków na badania naukowe pochodzi ze źródeł prywatnych, 1/3 ze środków publicznych. W Polsce jest odwrotnie i to jest największy problem.
System zarządzania polskimi uczelniami jest dość archaiczny i można go określić jako „sułtański”, rektor posiada dużą władzę w drobnych sprawach, ale trudno jest mu strategicznie kierować uczelnią, podejmować trudne decyzje w sytuacji gdy jest zewsząd ograniczany przez rozmaite ciała kolegialne, a efektywnie o jego zatrudnieniu decyzją koleżanki i koledzy profesorowie. Idea kolegialności wcale nie musi oznaczać demokratyczności wyboru władz uczelni i wydziału. Ostatnia sprawa to kwestie zarobków na uczelniach. Nie wypada mi o tym mówić, bo to również mój problem na swój sposób, ale polskie pensje na uniwersytetach są skandalicznie niskie i mało elastyczne.
Na ile wiarygodne są takie rankingi, wskazują prawdziwy dystans intelektualny między polskimi i zachodnimi naukowcami, czy tylko odzwierciedlają różnice w budżetach uczelni?
- Rankingi są bardzo różne i generalnie - mimo, że dla pozycji polskich uczelni to bez znaczenia - mierzą zupełnie odmienne cechy uczelni. Ich wyniki też się różnią, choć mało kto to dostrzega w naszym kraju. W mojej ocenie główne międzynarodowe rankingi uczelni są dość wiarygodne, ale trzeba mieć świadomość co tak naprawdę mierzą. Upraszczając można powiedzieć, że pokazują rzeczywistość akademicką dość wyrywkowo, bowiem koncentrują się na badaniach naukowych - głównie na kierunkach ścisłych oraz medycznych.
Byłbym jednocześnie sceptyczny w wyciąganiu zbyt radykalnych wniosków co do stanu nauki w danym kraju na podstawie miejsca danej uczelni w rankingu. Posługując się metaforą sportową możemy powiedzieć, że rankingi mierzą liczbę olimpijskich medali, ale niewiele mówią o stanie uprawiania dyscypliny w danym kraju. Był taki okres w historii polskich skoków narciarskich, że Adam Małysz wygrywał wszędzie i ze wszystkimi, co nie zmieniało faktu, że sytuacja polskich skoków narciarskich była tragicznie słaba, a Niemcy mieli więcej skoczni niż Polska zawodników uprawiających tę dyscyplinę.
Wśród bezrobotnych 200 tys. osób to ludzie z wyższym wykształceniem, stanowią w tej grupie ponad 10%. Jeszcze sześć lat temu ten odsetek był dwukrotnie niższy. Co się stało?
- Widać, że wykształcenie nadal bardzo się opłaca, bo prawdopodobieństwo pozostania po studiach bez pracy jest stosunkowo niewielkie. Oczywiście, musi martwić poziom bezrobocia wśród osób najlepiej wykształconych, ale trzeba pamiętać, że nasycenie rynku pracy osobami o najwyższych kwalifikacjach systematycznie rośnie i będzie rosło nadal. Sam dyplom uczelni w Polsce nie jest już dawno „ubezpieczeniem od bezrobocia”, ale nadal to niezwykle cenny argument na rynku pracy.
Dodatkowo niekorzystną okolicznością jest spowolnienie rozwoju polskiej gospodarki, która zwyczajnie nie jest w stanie absorbować wszystkich
absolwentów szkół wyższych na stanowiskach wymagających wysokich kwalifikacji. To zjawisko występuje w całej Europie. Sytuacja absolwentów skrajnie źle wygląda w Grecji czy Hiszpanii, a najlepiej w Norwegii.