Nie można budować państwa, opierając się na islamie – twierdzi Fethullah Gülen, założyciel największego na świecie muzułmańskiego ruchu edukacyjnego.
Ponad 6 milionów zwolenników, 600 szkół w 90 krajach na całym świecie, ponad 100 fundacji – ruch Gülena pod każdym względem wyprzedza „popularne” organizacje, takie jak Hezbollah, Hamas czy Al-Kaida.
Ale w odróżnieniu od nich nie zajmuje się tak widowiskową działalnością jak zamachy samobójcze, ostrzał Izraela albo porywanie samolotów w celu zniszczenia Pentagonu. Ruch Gülena robi rzeczy, które nigdy nie znajdą się w wieczornym wydaniu wiadomości: buduje i prowadzi szkoły, zakłada szpitale i funduje zagraniczne stypendia. – Oni [Al-Kaida – przyp. red.] chcą zapewnić ludziom raj po śmierci, my staramy się zrobić to jeszcze za ich życia – pisze Gülen.
– Ruch Gülena to takie muzułmańskie Opus Dei – mówi „Przekrojowi” Fadi Hakura, ekspert londyńskiego Chatham House. W odróżnieniu od swojej radykalnej konkurencji Gülen nie jest autorem żadnej rewolucyjnej interpretacji Koranu. To, co dla niego najważniejsze, to aktywizacja wiernych. – Według Gülena muzułmanie nie mogą narzucać swojej wiary siłą. Mają świecić przykładem. Mają być jak najlepsi w swoim fachu – dodaje Hakura.
Gülen uważa, że islam nie polega tylko na odmawianiu pięciu modlitw dziennie. „Doktor, architekt czy wykładowca najbardziej przypodobają się Bogu, jeśli codziennie będą przykładać się do pracy” – to słowa Gülena, ale zapewne obiema rękami podpisałby się pod nimi ojciec Josemaría Escrivá de Balaguer, założyciel Opus Dei.
Przez pracę do zbawienia
Trudno się więc dziwić, że pracowici zwolennicy Gülena kontrolują 20 ze 100 największych przedsiębiorstw w Turcji. To właśnie tureccy biznesmeni są głównymi sponsorami ruchu. – Oni mają poczucie, że finansowe wspieranie ruchu to ich religijny i etyczny obowiązek – tłumaczy nam Mustafa Akyol, znany turecki publicysta, a prywatnie zwolennik Gülena. – Ale biznesowe powiązania Gülena stworzyły wokół niego atmosferę podejrzeń.
W Turcji nie ma chyba nikogo, kto by miał neutralny stosunek do działalności ruchu. Dla jednych Gülen jest niemal prorokiem. Drudzy w ogóle nie chcą o nim rozmawiać, bo „to wszystko amerykańsko-syjonistyczny spisek, który ma na celu zniszczenie Republiki Tureckiej” (potem rozmówca rzucił słuchawką). Być może dlatego Gülen uznał, że łatwiej zostanie prorokiem w cudzym kraju, więc od ośmiu lat mieszka w USA.
Już jako 14-letni chłopak wygłaszał kazania w meczecie. W 1966 roku został kaznodzieją w Izmirze, gdzie zyskał sławę jako świetny mówca. – Potrafi godzinami utrzymywać zainteresowanie słuchaczy. To nie jest trybun ludowy, ale raczej dostojny nauczyciel – mówi Mustafa Akyol. W latach 70. na kilka miesięcy Gülen trafił do więzienia za „podważanie systemu republikańskiego”, lecz potem stał się faworytem laickiej elity, która widziała w jego umiarkowanym i prozachodnim islamie konkurencję dla rodzącego się fundamentalizmu.
Gülen dobrze rozumiał nieformalny układ i dwukrotnie (w 1980 i 1997 roku) poparł wojskowe zamachy stanu, które odsunęły od władzy ugrupowania islamskie. Po wyeliminowaniu islamistów wojskowi doszli do wniosku, że Gülen jest już im niepotrzebny, i znów oskarżyli go o podważanie systemu republikańskiego. Gülen, nie czekając na wyrok sądu, wyjechał do USA.
wydanie internetowe: www.przekroj.pl