- Kiedy przejąłem SLD po rozpadzie LiD-u, partia osiągała w sondażach 3-5%. Mówiło się, że lewicy w Polsce już nie będzie. Jednak wbrew temu podniosłem Sojusz z kolan - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Grzegorz Napieralski. Były przewodniczący SLD opowiada o trudnych chwilach po wyborczej porażce i przyczynach, które do niej doprowadziły. Odpowiada też na pytanie, czy uczestniczył w tajnych rozmowach Bronisława Komorowskiego z Grzegorzem Schetyną, których celem miało być wyeliminowanie Donalda Tuska.
Paulina Piekarska: Rok 2011 był najgorszym w pana politycznej karierze?
Grzegorz Napieralski: To był trudny rok, szczególnie jego druga połowa. 9 października będę pamiętał bardzo długo.
Po ogłoszeniu miażdżących dla SLD wyników wychodził pan z Rozbrat jako ostatni. Sam. Co pan wtedy myślał?
- Na pewno czułem zawód, że się nie udało. Apetyt był zaostrzony moim wynikiem w wyborach prezydenckich - blisko 14%, oraz wynikiem SLD w wyborach samorządowych - ponad 15%. Poprzeczka została wysoko zawieszona i wszystko poniżej było złym wynikiem.
Pana następca Leszek Miller stwierdził, że zdobył pan pierwsze blizny, które tworzą mężczyznę.
- Na pewno było to olbrzymie doświadczenie, które zmusiło mnie do zweryfikowania wielu rzeczy - listy przyjaciół oraz własnych postaw. To tak jak po przejściu poważnej choroby - człowiek inaczej patrzy na swoje dotychczasowe życie. Jako szef partii biorę na siebie odpowiedzialność za przegraną, jednak dzisiaj z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wiele rzeczy wydarzyło się w kampanii poza mną. I nie wszystko ode mnie zależało.
Ma pan jakiś swój sposób na odreagowanie? Tabloidy pisały, że zaszył się pan w mieszkaniu i oglądał „Gwiezdne Wojny”. Potrzebował pan wyciszenia?
- „Gwiezdne wojny” są moim ulubionym filmem. I nie tylko moim, bo zostały okrzyknięte filmem wszech czasów. A rzeczywiście często je oglądam, nie tylko wtedy, kiedy mam trudne chwile. Ucieczką od tego wszystkiego, co działo się po 9 października, była jednak przede wszystkim rodzina i przyjaciele. To niezawodne lekarstwo.
Koledzy z partii nie szczędzili panu gorzkich słów. Wojciech Olejniczak powiedział wprost, że to pan ponosi 100% odpowiedzialność za przegraną Sojuszu.
- Nie ma się co dziwić, każdy liczył na więcej i październikowy wynik dla nas wszystkich był ciosem. Jestem jednak zaskoczony wypowiedzią Wojtka. 9 października wziąłem na siebie odpowiedzialność za przegraną i podjąłem decyzję o niestartowaniu na przewodniczącego SLD, mimo tego, że miałem świadomość, iż nie wszystko ode mnie zależało. Wojtek mnie oskarża, ale czy on w podobnej sytuacji postąpiłby tak samo? Czy kiedy projekt LiD nie wypalił, podał się do dymisji? No nie. To nie jest tak, że przewodniczący jest odpowiedzialny za wszystko. Partia polityczna to jej władze, liderzy, decyzje, które są podejmowane wspólnie.
Kto stał również w szeregu winnych?
- Nie chcę tego tak oceniać, szczególnie w mediach. Na konwencji krajowej 10 grudnia mówiłem o wielu mechanizmach, które zdecydowały o naszym wyniku, i myślę, że takie dyskusje, jeśli mają dać efekt w przyszłości, powinny się toczyć wewnątrz partii. My
Za dużo mówiliśmy o sobie w mediach. Nie byliśmy spójni. Nie potrafiliśmy, choćby na czas kampanii, stać się jak ta "jedna pięść"Grzegorz Napieralski za dużo mówiliśmy o sobie w mediach, to był na pewno największy błąd. Nie byliśmy spójni. Nie potrafiliśmy, choćby na czas kampanii, stać się jak ta "jedna pięść".
To przewodniczący powinien trzymać tę pięść.
- Wszyscy muszą nią być. Lider partii jedynie wskazuje kierunek. Mam poczucie, że przez te lata, kiedy byłem przewodniczącym, większość spraw zdałem dobrze.
Jaką ocenę by pan sobie wystawił?
- Kiedy przejąłem
SLD po rozpadzie LiD-u, partia osiągała w sondażach 3-5%. Rozpadł się klub parlamentarny i nikt nie myślał poważnie o Sojuszu. Mówiło się wtedy, że lewicy w Polsce już nie będzie. Jednak wbrew temu podniosłem SLD z kolan. Przeprowadziłem cztery kampanie wyborcze w tym trzy udane: wybory do parlamentu europejskiego, które były preludium do kolejnych dwóch kampanii, w których uzyskaliśmy nadspodziewanie dobry wynik – mówię oczywiście o wyborach prezydenckich i samorządowych. Życie jest jednak, powtórzę za Adamem Małyszem, jak medal - też ma dwie strony: lepszą i gorszą. Ja też miałem lepszy i gorszy czas, z przewagą tego pierwszego. Choć na pewno ostatnie doświadczenie jest najbardziej bolesne.
Ma pan sobie coś do zarzucenia?
- Największym moim błędem był brak determinacji do reformy SLD, która powinna nastąpić zaraz po wyborach prezydenckich. Tego zabrakło. Gdybym miał kiedyś szansę ponownie podjąć się zadania współrządzenia partią, wielu błędów na pewno już bym nie popełnił.
Przyznał pan, że największym błędem było odejście od wartości lewicy i słuchanie złych podpowiedzi. Kto okazał się szkodliwym podpowiadaczem?
- W pewnym momencie zrezygnowałem z pryncypialnych dla mnie wartości. Co ciekawe, koledzy i koleżanki, którzy wcześniej krytykowali mnie za wypowiedzi na temat relacji państwo - Kościół, przyznali mi teraz rację. Jednak stało się to za późno. Staliśmy się przez to formacją bez wyrazu.
Szef sztabu Stanisław Wziątek przekonywał, że w październikowych wyborach o wyniku partii decydował wizerunek lidera i SLD w tej walce liderów przegrał. Ma pan wrażenie, że po dobrym wyniku w wyborach prezydenckich za bardzo uwierzył pan w siebie?
- Czynników przegranej było bardzo wiele. Jednym z nich było to, o czym mówiłem na grudniowej konwencji -
Część liderów SLD do 9 października nie zaakceptowała mnie jako przewodniczącego - to jeden z czynników przegranejGrzegorz Napieralski
część liderów SLD do 9 października nie zaakceptowała mnie jako przewodniczącego, mimo że zostałem wybrany w demokratycznych wyborach. Dlatego jako pierwszy zadeklarowałem pomoc dla nowego przewodniczącego, niezależnie kto był nim został. Zaapelowałem o to samo do wszystkich członków Sojuszu. Mam nadzieję, że z tej lekcji wszyscy wyciągniemy wnioski.
Przed wyborami rozmawiał pan z Bronisławem Komorowskim i Grzegorzem Schetyną nt. ewentualnej koalicji PO-SLD? Czy to prawda, że prezydent chciał, by to Schetyna został premierem?
- Często rozmawiałem z prezydentem jako szef partii opozycyjnej oraz członek RBN. Wiem, że Bronisław Komorowski łaskawym okiem spoglądał na ewentualną koalicję PO-SLD, która byłaby połączeniem doświadczenia Donalda Tuska i lewicowej wrażliwości, której nie było w polskiej polityce przez ostatnie lata. Nie było jednak żadnych tajnych rozmów pod tytułem „premier Grzegorz Schetyna”.
O takim scenariuszu mówił Roman Giertych w wywiadzie dla „Uważam Rze” – twierdził, że Bronisław Komorowski spiskował z Grzegorzem Schetyną za plecami Donalda Tuska, by odsunąć go od władzy. Pan miał być w te plany wtajemniczony.
- Roman Giertych kłamie.