Czego to dowodzi?
- Że nagle - między grudniem 2010 a lipcem 2011 roku - komisja Millera pozbyła się wszelkich wątpliwości co do tego, czy piloci wykonali serię czynności mających rozpocząć proces odchodzenia na drugi krąg, czy tych czynności nie wykonali. W grudniu pisali, czego dowódca nie zrobił. A nieco ponad pół roku później, jakby nigdy nic, przekonywali na konferencji prasowej, że dowódca oczywiście usiłował odejść na drugi krąg. Nagle zapomnieli, że zabrakło jakiejkolwiek czynności, która wskazywałaby na to, że rzeczywiście przerwali podejście do lądowania. W zamian pojawiła się bajeczka o tym, że piloci naciskali przycisk odejścia na drugi krąg, ale ten nie zadziałał. I zaczęto snuć hipotezy wokół tej teorii.
Czy rzeczywiście była próba odejścia na drugi krąg w momencie, gdy taką komendę wydał Arkadiusz Protasiuk?
- Nie, żadnej takiej próby nie było! Popatrzmy, co się działo wówczas w kabinie pilotów. O 8:40:48 (10:40:48 wg czasu rosyjskiego) generał Błasik powiedział: "Nic nie widać". Załóżmy, że Arkadiusz Protasiuk rzeczywiście odpowiedział wówczas, jak twierdzi komisja: "Odchodzimy na drugie (zajście?)". Gdyby to była komenda, to czemu nagrała się tak słabo? Przecież powinna ją usłyszeć cała załoga. Można zatem przypuszczać, że Arkadiusz Protasiuk miał głowę odwróconą do tyłu. I że nie wydawał takiej komendy, tylko pytał generała Błasika, czy odchodzą na drugie zajście, czy mają zniżać się dalej. Robert Grzywa swoim "Odchodzimy" popędzał, ale jego wszyscy zignorowali. W tym czasie zresztą Arkadiusz Protasiuk dalej wyrównywał lot do poziomu, co dobrze widać z wykresów uzyskanych z danych, które zostały odczytane z czarnej skrzynki, rejestrującej parametrów lotu. Protasiuk robił to za pomocą pokrętła pochylenia z panelu PU-46, czyli za pomocą urządzenia powiązanego z autopilotem. Tak się nie odchodzi na drugi krąg.
|
| |
Co się robi w ten sposób?
- Steruje się zniżaniem w kierunku pasa. Dowódca od startu wiedział, że jeśli będzie musiał zniżać się w chmurach a potem mgle w kierunku pasa, to zrobi to z pomocą komputera nawigacyjnego, w podobny sposób, w jaki korzysta się z GPS-u w samochodzie.
To normalny sposób sterowania?
- Nie. Tego komputera używa się tylko do ustawienia trasy podczas lotów na większej wysokości, gdy ewentualne niedokładności położenia samolotu w przestrzeni nie mają znaczenia. W tym wypadku Protasiuk postanowił wykorzystać go po to, aby precyzyjnie naprowadzić samolot na pas lotniska w Smoleńsku. Załoga przed tzw. trzecim zakrętem na kręgu nadlotniskowym znowu podpięła komputer do autopilota, żeby sterował samolotem.
Da się tak zaprogramować żeby samolot "sam" wylądował?
- Nie, ten komputer może sterować samolotem tylko w płaszczyźnie poziomej czyli w prawo lub lewo. Natomiast tempo zniżania trzeba ustawiać samemu. A nawet nie samo tempo zniżania, tylko parametr, który nazywa się pochyleniem i który mówi, czy dziób samolotu jest ustawiony bardziej w dół, czy mniej. Od tego bowiem zależy, jak szybko będzie samolot się zniżał, z jaką prędkością pionową. To ustawienie dziobu można regulować pokrętłem, przypominającym na przykład na myszce komputerowej, tylko jest trochę większe. I Arkadiusz Protasiuk manipulował tym właśnie pokrętłem, gdy - jak twierdzi komisja Millera - powiedział "Odchodzimy na drugie..."
Wątpicie w to, czy Arkadiusz Protasiuk powiedział rzeczywiście "odchodzimy". Na jakiej podstawie?
- W nagraniach z czarnej skrzynki, które analizowaliśmy wielokrotnie, nie słyszeliśmy takiej wypowiedzi. Protasiuk, według komisji Millera, powiedział swoje "Odchodzimy na drugie..." mniej więcej w tym samym momencie, gdy Robert Grzywna powiedział: "W normie". Tych słów Grzywny nie ma w stenogramie komisji Millera, są tylko w pierwszej wersji stenogramu, tej odsłuchanej przez MAK wkrótce po katastrofie i ogłoszonej w Polsce 1 czerwca 2010 roku. Również my, badając na własną rękę nagranie z czarnej skrzynki, słyszymy w tym momencie tylko: "Wszystko jest w normie".
To dlaczego pojawia się w raporcie Millera?
- Być może ktoś w komisji Millera bardzo chciał znaleźć dowód, że piloci nie próbowali lądować! Pod stenogramem odczytanym w Polsce nie ma podpisów specjalistów z żadnego laboratorium. Są tylko podpisy dwóch osób z komisji, które potwierdzają w ten sposób, że sporządziły odpis - ale nie wiadomo, z jakiego dokumentu i przez kogo przygotowanego, bo nagrania z czarnej skrzynki analizowano w dwóch laboratoriach.
Przy okazji warto sobie zadać pytanie, czy w stenogramie opublikowanym w ostatniej partii dokumentów, 9 września br., znalazło się wszystko, co ekspertom komisji Millera udało się odsłuchać z nagrania. Naszym zdaniem musieli usłyszeć więcej, niż podali do publicznej wiadomości.
To już teza rodem z "Archiwum X". Twierdzicie, że był spisek wojskowych usiłujących ukryć prawdę. Nie wierzę w to.
-
Wiem, jak to brzmi, ale są dowody sugerujące, że taka właśnie może być prawda. Wiele godzin poświęciliśmy na analizowanie nagrań z czarnej skrzynki. Wykorzystaliśmy zapisy rozmów w kabinie pilotów, ujawnione podczas konferencji prasowej MAK z 12 stycznia 2011 roku oraz konferencji komisji Millera z 16 styczniaJan Osiecki Wiem, jak to brzmi, ale są dowody sugerujące, że taka właśnie może być prawda. Wiele godzin poświęciliśmy na analizowanie nagrań z czarnej skrzynki. Wykorzystaliśmy zapisy rozmów w kabinie pilotów, ujawnione podczas konferencji prasowej MAK z 12 stycznia 2011 roku oraz konferencji komisji Millera z 16 stycznia. Na obu konferencjach pokazano komputerowe animacje ze ścieżką dźwiękową, którą było oryginalne nagranie z czarnej skrzynki. I wyraźnie słychać tam kilka nowych słów, nawet bez profesjonalnego sprzętu i oprogramowania. Podejrzewamy, że Rosjanie specjalnie ich "nie usłyszeli", żeby Polacy sami wypili to piwo, które naważyli ich piloci. Natomiast komisja Millera nie chciała tego usłyszeć, bo byłby skandal.
O jakie słowa chodzi?
- O godzinie 8:25:28,5 (10:25:28,5 wg czasu rosyjskiego) Robert Grzywna kończy rozmowę z dowódcą Jaka-40, porucznikiem Arturem Wosztylem. Kolega ostrzega go przed kiepskimi warunkami na lotnisku w Smoleńsku. Drugi pilot przełącza radiostację na kanał wieży i słyszy końcówkę rozmowy Arkadiusza Protasiuka z Pawłem Plusninem, dotyczącą zniżania do wysokości 1500 metrów. I komentuje rozmowę Protasiuka z Plusninem słowami: "I tak za (niezr.), k..., to paragrafy są". Tę kwestię słychać jest bardzo wyraźnie! Owym "niezr." oznaczyliśmy fragment niezrozumiały, może tam być coś w rodzaju: "ten lot". Komisja Millera nie wpisała tego do stenogramu, bo musiałaby przyznać, że piloci wiedzieli, iż łamią przepisy. Musiałaby też przyznać, że skoro wiedzieli, że łamią, a mimo wszystko lecieli dalej, to ewidentnie działali pod presją. Każdy czytający ten wywiad może sam usłyszeć słowa Roberta Grzywny na dołączonym nagraniu.
Słuchaj nagrania
Teza, iż komisja Millera celowo nie odsłuchała ważnego fragmentu zapisu, jest szokująca. Czy twierdzicie, że każdy, kto sam dokładnie odsłucha nagrań z kabiny pilotów udostępnionych przez komisję, będzie w stanie to usłyszeć?
- Każdy będzie w stanie powiedzieć, że na pewno coś zostało powiedziane. Osoby obdarzone dobrym słuchem na pewno usłyszą poszczególne słowa. I nie chodzi nam tylko o tę wypowiedź Roberta Grzywny, ale też o wypowiedź dowódcy 14 minut później. O 8:39:40,8 Paweł Plusnin wydaje komendę: "Posadka dopołnitielno, 120, 3 mietra". Arkadiusz Protasiuk odpowiada trochę bez sensu po rosyjsku: "Zdrastwujtie" (dzień dobry). Zapewne pomylił się, bo chciał powiedzieć "spasiba" (dziękuję). Ale w tym samym ciągu, na jednym oddechu, dodaje po polsku: "Stajemy na kursie i glisadzie do wewnętrznej". Najprawdopodobniej to "zdrastwujtie" zostało odczytane jako "dziękuję" w pierwszym stenogramie, tym zrobionym przez MAK. W stenogramie komisji Millera ta sama wypowiedź pojawia się jako: "Tak, dokładnie", ale jej drugiej części, choć jest doskonale słyszalna, w ogóle nie ma w żadnym stenogramie.
Dlaczego?
- Bo potwierdza próbę lądowania za wszelka cenę. W naszej książce podajemy kilka innych przykładów na to, że nie każde słowo z kabiny znalazło się w stenogramach komisji. Ścieżki dźwiękowe z czarnej skrzynki, które wyjęliśmy z filmu pokazywanego przez MAK podczas konferencji prasowej, są dostępne w witrynie internetowej:
www.ostatnilotraport.pl, która stanowi uzupełnienie naszej książki.
W którym momencie zdaliście sobie sprawę, że oto macie w ręku element układanki, który czyni całość bardziej czytelną?
- To uczucie pojawiało się stopniowo. Nawet mając wspomniane fragmenty nagrań, nie widzieliśmy jeszcze całości, tak jak ją widzimy dzisiaj. Bo sporo zrozumieliśmy podczas prac nad stenogramem z rozmów na wieży, a ten stenogram analizowaliśmy później. W sumie to takich momentów było kilka. Jeden z nich nastąpił znacznie później. Gdy nagle odkryliśmy, że komisja Millera po prostu nami wszystkimi zręcznie manipulowała. Było to tuż przed wysłaniem książki do druku. Przypadkiem odkryliśmy, że komisja wykonała bardzo zręczny trick.
Jaki?
- Składamy wyrazy szacunku temu, kto go wymyślił, bo jest to wysokiej klasy ekspert od public relations, czyli tzw. piaru. Przez kilka miesięcy wspominano, a raczej wręcz trąbiono o słynnym eksperymencie z przyciskiem odejścia. Najpierw, że trzeba go zrobić i że nie można skończyć badania i ogłosić raportu, nim się takiego eksperymentu nie przeprowadzi na bliźniaczym Tu-154M o numerze 102. I że akurat nie można, bo jest jakiś istotny powód, dla którego ten samolot jest uziemiony. Wreszcie eksperyment został przeprowadzony, sam fakt ogłoszono wszem i wobec, ale jego wyniki pozostały ściśle tajne. Oczywiście szybko sprawa wyciekła do mediów. Napisała o tym gazeta, która już wcześniej publikowała wiele ciekawych informacji ze źródeł zbliżonych do komisji. Pewnie zresztą było to jedno źródło. Dowiedzieliśmy się z niej, że guzik zadziałał. Potem, na kilka dni przed upublicznieniem raportu, gdy już termin konferencji prasowej był znany, ekspert od prawa lotniczego, dr hab. Marek Żylicz, jako pierwszy członek komisji złamał milczenie i w wywiadzie prasowym oznajmił, że jego zdaniem to eksperyment pokazał, że ten guzik jednak nie zadziałał. Dziennikarze rzucili się na temat jak sępy na ścierwo. I o to właśnie chodziło.
|
| |
A potem na konferencji prasowej, transmitowanej na żywo, podczas ogłoszenia raportu komisji, pilot instruktor Wiesław Jedynak przez 40 minut opowiadał o szczegółach lotu, pomagając sobie filmem z animacją lotu...
- To było naprawdę dobre wystąpienie. Przyznaję to uczciwie i bez żadnego przekąsu. Wyjaśniał, co i kiedy się działo. I w trakcie tego wystąpienia pokazał dwa filmy z Tupolewa o numerze 102, nakręcone podczas eksperymentu z przyciskiem odejścia. Na wyjaśnianie, co jest na tych filmach i co one udowadniają, poświecił pewnie z 10 minut. Na pierwszym filmie pokazywał, co się dzieje po naciśnięciu guzika podczas lądowania z wykorzystaniem systemu ILS, którego w Smoleńsku nie było. Na drugim zaś - co się dzieje, gdy takiego systemu nie ma. Był bardzo przekonywujący. Przyznam, że my też początkowo daliśmy się nabrać. To znaczy wiedzieliśmy, że nie ma racji, ale uznaliśmy to za zwykły błąd we wnioskowaniu.
Dlaczego?
- My wiedzieliśmy, że jest inaczej, bo wcześniej piloci tupolewa powiedzieli nam, że doskonale zdawali sobie sprawę, iż przycisk odejścia nie zawsze działa. Mówili, że zdarzało to także w sytuacji, gdy lądowanie odbywało się w systemie ILS i przycisk absolutnie powinien działać za każdym razem. Dlatego regularnie go testowano. Ostatni taki test w 101 zrobiono notabene podczas oblotu komisyjnego 6 kwietnia 2010 roku na Okęciu. Piloci tego samolotu powiedzieli nam bardzo wyraźnie, że jeśli w ciągu pół sekundy po naciśnięciu przycisku odejścia na drugi krąg nic się nie działo, to nie czekali, co będzie dalej, tylko ciągnęli ster do siebie i jednocześnie pchali manetki gazu na pełną moc.
W którym momencie uznaliście, że komisja manipuluje faktami?
- Dosłownie w ostatniej chwili. Na dwa dni przed wysłaniem książki do drukarni nanosiliśmy ostatnie poprawki i po dyskusji z Mieczysławem Prószyńskim postanowiłem coś jeszcze sprawdzić, żeby mieć stuprocentową pewność. Chciałem przeczytać opis eksperymentu z przyciskiem odejścia. Zacząłem przeszukiwać raport. I okazało się, że o eksperymencie na 102 w raporcie nie ma ani słowa. A o przycisku odejścia są tam raptem trzy zdania - tam, to znaczy w raporcie i wszystkich załącznikach do niego. W trzech zdaniach komisja Millera opisała swoją główną hipotezę przedstawioną na konferencji prasowej, że piloci chcieli odlecieć na drugi krąg i nacisnęli przycisk, ale on nie zadziałał, więc nacisnęli go drugi raz, znowu nie zadziałał, aż wreszcie rozpoczęli procedurę ręcznego odejścia.
Czy to dowodzi, że piloci nie czekaliby na reakcję samolotu ani 5 sekund, jak dowodzono tego podczas konferencji komisji, ani 3,5 - jak podano w raporcie?
- Nie czekaliby. Między tym, co powiedziano na konferencji przedstawiającej raport, i tym, co napisano w dokumencie, są spore rozbieżności. Notabene te, które podałaś, to drobiazgi. Nikt nie przykładał większej wagi do tego, co tam napisano.
Dla kogo napisaliście waszą książkę, skoro prawie każdy ma jakiś powód, by ją zdyskredytować? Nie jest po myśli ani komisji Millera, ani zwolenników teorii zamachu, ani osób obciążających winą rosyjskich kontrolerów.
- Chcieliśmy stworzyć dokument, który za kilka lat, kiedy opadną już emocje, stanie się punktem odniesienia dla każdego, kto zechce zrozumieć przyczyny katastrofy. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nasza
książka nie spodoba się ani zwolennikom PiS-u, ani PO.
Jest tam sporo bardzo mocnych tez. I gotowi jesteśmy każdej z nich bronić przed sądem. Ale nikt nas nie pozwie, bo opisaliśmy dokładnie i uczciwie, jak wyglądała sytuacja w wojsku oraz w 36. SLPT, a także to, jak i dlaczego komisji Millera nie udało się wyjaśnić przebiegu tej katastrofy ani wskazać najważniejszych przyczyn, które do niej doprowadziły.
Rozmawiała Sylwia Skorstad, Wirtualna Polska