Kreml chciał mieć przewidywalnego patriarchę i dlatego poparł Cyryla. Ale może się nim rozczarować. A już na pewno rozczaruje się nim Watykan.
Prawa człowieka należy ograniczyć w imię interesu państwa. Z tego samego powodu należy wprowadzić cenzurę prasy – media nie mogą promować zdrajców i wrogów narodu. Państwo winno mieć charakter korporacyjny, a jego ideologią powinien być „dynamiczny konserwatyzm”. Społeczeństwo to suma klas i zrzeszeń zawodowych. Władza powinna opierać się na trzech fundamentach: demokracji bezpośredniej, oświeconej arystokracji i w końcu na jednoosobowej głowie państwa. To właśnie ona ma dzierżyć „niemal dyktatorską” władzę. Pozostałe fundamenty mogą jedynie wyrażać swoje poparcie dla jej decyzji.
Nie jest to wbrew pozorom opis dzisiejszej Rosji. Powyższy projekt powstał w 2000 roku. Nie są to słowa tracącego kontakt z rzeczywistością i żegnającego się z władzą Borysa Jelcyna. Nie jest to również żaden manifest polityczny wyprodukowany przez ekipę Władimira Putina, która właśnie wtedy gotowała się do przejęcia władzy. Ta niemal profetyczna wizja Rosji to fragment cerkiewnej doktryny społecznej, której tworzeniu patronował świątobliwy
Cyryl, wtedy jeszcze metropolita smoleński i kaliningradzki. 1 lutego 2009 roku po trzygodzinnym nabożeństwie Cyryl został 16. patriarchą Moskwy i Wszechrusi.
W ten sposób spełniły się profetyczne z dzisiejszej perspektywy słowa innego rosyjskiego wizjonera Władimira Putina, który już w grudniu, zaraz po śmierci poprzedniego patriarchy Aleksego II, prorokował, kto będzie jego następcą. Był tylko jeden problem. Wybory moskiewskiego patriarchy mają zaskakująco demokratyczny charakter. Obok biskupów w głosowaniu biorą udział świeccy wierni reprezentujący wszystkie diecezje. Dlatego aby nie podawać w wątpliwość swojej nieomylności, Putin zarządził „dyscyplinę” wśród wszystkich biorących udział w głosowaniu urzędników państwowych i członków rządzącej partii. Zaskoczenia więc nie było, a uśmiechnięci głosujący (jak za dobrych sowieckich lat) przed wrzuceniem kart wyborczych do urn pokazywali fotoreporterom, kogo zakreślili.
Ale jeśli Putin myśli, że wybrał sobie patriarchę, to może się gorzko rozczarować.
Papierosowy metropolita
Patriarcha Cyryl, a właściwie Władimir Gundiajew, pochodzi z Leningradu (dziś Sankt Petersburg) i w latach 70. był uważany za „cudowne dziecko Cerkwi”. Już w wieku 25 lat był przedstawicielem rosyjskiej Cerkwi przy Światowej Radzie Kościołów w Genewie, a trzy lata później został przełożonym leningradzkiego seminarium. Jego opiekunem i jednocześnie promotorem był ówczesny metropolita leningradzki Nikodem, znany nie tylko jako główny cerkiewny „liberał”, ale również jako ważny agent KGB.
– Nie można było robić kariery w Cerkwi bez przyzwolenia Kremla – mówi „Przekrojowi” Aleksy Małaszenko z moskiewskiego oddziału fundacji Carnegie. – Ci, który się opierali, trafiali do więzienia. A już na pewno nie można było wyjeżdżać za granicę bez podpisanego zobowiązania do współpracy.
Kariera Cyryla nabiera przyspieszenia w latach 80. Władze, wyraźnie zaniepokojone niezależnością leningradzkiego seminarium, przenoszą Cyryla do Smoleńska, licząc na to, że ugrzęźnie na prowincji. Ale on właśnie tam w pełni rozwija swoje talenty – bryluje w środowisku miejscowej inteligencji, wyjeżdża na studia do Wielkiej Brytanii, gdzie uczy się angielskiego. W 1988 roku Michaił Gorbaczow zaprasza go do współpracy przy pisaniu ustawy o relacjach państwo–Cerkiew. Z takimi znajomościami rok później zostaje szefem wydziału stosunków zewnętrznych (cerkiewnego MSZ), czyli de facto jest „drugim człowiekiem w Cerkwi”.
wydanie internetowe: www.przekroj.pl