Strona główna serwisu
Adam Parfieniuk

Adam Parfieniuk

Niespokojna granica Birmy i Chin. Dlaczego Pekinowi odpowiada destabilizacja w regionie?

Niespokojna granica Birmy i Chin. Dlaczego Pekinowi odpowiada destabilizacja w regionie?

Birma zwlekała z przeproszeniem Chin niemal trzy tygodnie. W czwartek wreszcie oficjalnie przyznała się do przekroczenia granicy i omyłkowego zabicia czwórki chińskich cywilów. To nie pierwszy i zapewne nie ostatni incydent na styku obu krajów. Wydawać by się mogło, że spokój na granicy powinien być priorytetem każdego państwa, ale w tym konkretnym przypadku nie jest on pożądany przez Państwo Środka. I nie będzie, dopóki ukradkowa pomoc wysyłana przez Chiny do rebeliantów i "kontrolowana destabilizacja" nie przerodzą się w coś poważniejszego.
Członkowie jednej z birmańskich partyzantek etnicznych z pogranicza Członkowie jednej z birmańskich partyzantek etnicznych z pogranicza ()
Państwo Środka przez ponad dwie dekady wiernie stało u boku Birmy, będącej wyrzutkiem na arenie międzynarodowej. Oba kraje były nie bez powodu sekowane przez Zachód, który krytykował je za krwawe rozprawy z środowiskami opozycyjnymi (w 1988 r. w Birmie i rok później w Chinach). W przypadku Birmy było to jednak "małżeństwo" z przymusu.
- Nawet Than Shwe, przywódca junty w latach 1992-2011, mówił, że "Birma nie całuje Chin, bo je kocha, ale dlatego, że taki jest interes narodowy". Cena zakonserwowania reżimu była jednak wysoka, bo Chiny całkowicie zdominowały Birmę gospodarczo - komentuje dla Wirtualnej Polski dr Michał Lubina, analityk Centrum Studiów Polska Azja i pracownik Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Jeśli spojrzeć na historię, Birma zawsze starała się zachowywać zdrowy dystans, czego ostatnim wyrazem jest otwarcie na Zachód w 2011 roku, które można interpretować jako próbę wyrównania nadmiernych wpływów Chin. Tamta zmiana geopolityczna była sporym ciosem dla Państwa Środka. Kolejny został wyprowadzony na oślep przez Tatmadaw (siły zbrojne Birmy) i uderzył w chińskich cywilów.

Piloci strzelają do Chińczyków

Samoloty bojowe birmańskiego wojska, pogrążonego w niekończącej się wojnie z rebelianckimi armiami etnicznych mniejszości, nie tylko zapuściły się w głąb Chin, ale także zrzuciły bomby w prowincji Junnan. Nie był to pierwszy raz, gdy pociski z Birmy spadły na teren sąsiada.
- Gdy dwa lata temu, w czasie walk z mniejszością Kaczinów, bomby spadły na Chiny, wyszło na jaw, że żołnierze nie potrafili obsługiwać sprzętu. Armia ma ogromne doświadczenie w walkach piechoty na terenie dżungli, ale wciąż nie zawsze radzi sobie z nowoczesnymi technologiami - przypomina Michał Lubina w rozmowie z WP.
Jednak nigdy dotąd pomyłkowy atak nie okazał się tak tragiczny w skutkach. W marcowym bombardowaniu zginęło czworo Chińczyków pracujących w polu, a kolejnych dziewięciu zostało rannych. Zdarzenie z miejsca zostało określone jako najtragiczniejszy epizod w historii stosunków obu państw, zaraz po ataku na chińską ambasadę w Rangunie w 1967 roku.


Pekin skorzystał ze swojej pozycji regionalnego mocarstwa i nie poprzestał jedynie na dyplomatycznej nocie protestacyjnej. Wojsko postawiło w stan gotowości myśliwce, rozpoczęło powietrzne patrole na pograniczu, a także zażądało wszczęcia śledztwa, ukarania, przeprosin oraz wypłaty odszkodowań za zniszczenia wyrządzone przez birmańskich lotników.

Zabłąkane bomby spadły w pobliżu miasta Laukkaing, w obrębie którego jeszcze w lutym trwały walki pomiędzy armią rządową a rebeliantami z grupy etnicznej Kokang, będącą w istocie chińską mniejszością Han, posługującą się językiem mandaryńskim. Z czasem starcia przeniosły się poza teren zabudowany, gdzie partyzantka czuje się najlepiej.

Skomplikowane relacje


Omyłkowy atak był pokłosiem wyparcia z miasta buntowniczej armii, która jest bezwzględnie ścigana przez wojsko. Na tyle bezwzględnie, że tym razem, choć zaledwie o kilometr, to jednak piloci przekroczyli granicę z Chinami. Oprócz wspomnianych czterech ofiar cywilnych, krótkotrwały konflikt pochłonął 61 ofiar po stronie wojsk rządowych i około 120 w szeregach rebeliantów.

Doszło nawet do tego, że w trakcie walk władze Birmy wprost oskarżyły Chiny o dostarczanie uzbrojenia, żywności i pomocy medycznej dla rebeliantów Kokang. Mówi się także o chińskich najemnikach, którzy szukają okazji do zarobku. - Nie ma dowodów na bezpośrednią pomoc, ale po otwarciu Birmy na Zachód w 2011 roku, Chiny w odwecie zaczęły po cichu wspierać oddziały rebeliantów, np. mniejszość Wa, która otrzymała chińską broń. Jest to forma dyscyplinowania birmańskich generałów, by ci nie mogli pozwolić sobie na zbyt wiele w stosunkach z Zachodem - mówi ekspert i dodaje, że pomaganie mniejszości oznacza tworzenie pożądanego przez Chiny stanu "kontrolowanej niestabilności".
- Wojenny chaos nie jest korzystny dla obu stron, szczególnie, że w pobliżu przebiega chiński ropociąg. Jednak już kontrola tlącego się konfliktu jest po myśli Chin. Jest to zresztą igranie z ogniem, czemu dowodzi ostatni incydent - tłumaczy Lubina.
Pekin kategorycznie odcinał się od oskarżeń o wspieranie rebeliantów. Co oczywiste, przekaz z Chin podzielał także jeden dowódców partyzanckiego oddziału Rakhine, który walczył u boku armii Kokang. - Kiedy wojsko rządowe wkracza do akcji, ludzie widzą, że giną ich rodacy. Dlatego całkiem możliwe, że oficerowie mówią o dostawach broni, bo chcą stworzyć wrażenie, że armia broni kraju przed zagraniczną inwazją - mówił w Radiu Wolna Azja.

Co ciekawe, po drugiej stronie granicy również panuje ogólne przeświadczenie, że w walkach etnicznych giną rodacy, z tym że nie chodzi o Birmańczyków. - Wojsko zabija Chińczyków, bez względu na to, po której stronie granicy spadają bomby - mówił jeden z mieszkańców przygranicznych terenów serwisowi. Brendan Hong z serwisu Daily Beast, który na miejscu przyglądał się napiętej sytuacji, pisał, że ogół Chińczyków postrzega ludność terenów przygranicznych jako swoich krajan. Członkowie rodzin wielu z nich mieszkają po stronie birmańskiej, a spora część ludności żyje z obustronnego handlu i innych - nie zawsze legalnych - przedsięwzięć.

Północna Birma leży w rejonie tzw. złotego trójkąta (tereny przygraniczne Birmy, Tajlandii i Laosu), który oprócz malowniczych terenów turystycznych, oferuje przemytnikom dogodne ścieżki do szmuglowania narkotyków. Jednym z powodów wybuchu obecnej rebelii Kokang była ponoć chęć przechwycenia szlaków przerzutowych przez partyzantkę. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że lwią część dochodów etniczne armie czerpią z produkcji, handlu i przemytu narkotyków, głównie opiatów.

Jeszcze bardziej skomplikowane relacje


Jak na dłoni widać więc, że sytuacja, która doprowadziła do omyłkowego zbombardowania chińskich cywili przez samoloty Birmy, wcale nie jest tak klarowna, jak chcieliby to przedstawiać Chińczycy. Idąc dalej tropem skomplikowanej mozaiki relacji pomiędzy Birmą, Chinami a etnicznymi partyzantkami, trzeba mieć na uwadze, że rebelianckie armie od wielu lat szukały i znajdowały tymczasowe schronienia w Państwie Środka. Pekin starał się także utrzymywać poprawne stosunki z Partią Komunistyczną Birmy, będącą politycznym przyczółkiem wielu frakcji rebelianckich. To właśnie z partyjnych szeregów wyłamała się w 1989 roku armia Kokang.

Bliskość granicy z Chinami jest świadomie wykorzystywana przez buntowników, którzy mają świadomość, że wojsko rządowe nie ma prawa zapuścić się na tereny sąsiada. Gdy sytuacja robi się zbyt gorąca, a przewaga reżimu staje się miażdżąca, członkowie etnicznych armii ratują się więc ucieczką. Ta strategia była sprawdzona od dekad. I to nie tylko w przypadku rebeliantów operujących wokół granicy z Chinami, ale także z Tajlandią, do której regularnie uciekają oddziały Narodowej Unii Karenów czy południowa odnoga Armii Państwa Szan.

Birmańscy generałowie mają w pamięci także podobny incydent z 2012 roku, gdy zbombardowali oddziały Armii Niepodległości Kaczinów, będące już po chińskiej stronie granicy. Tamten incydent niejako zmusił Pekin do rozpoczęcia mediacji i próby wygaszenia wieloletnich waśni. Graniczny rajd birmańskiej armii przyniósł wówczas więcej pożytku niż szkód. Właśnie dlatego część obserwatorów zastanawiała się nawet, czy marcowy incydent nie był celową prowokacją. Jest to mało prawdopodobne, bo w praktyce oznaczałoby zagranie va banque. Tatmadaw położyłaby na szali nie tylko dobre stosunki pomiędzy oficerami obu krajów, dostawy sprzętu wojskowego i wspólne ćwiczenia obu armii, ale także relacje na stopie cywilnej.

Przeprosiny

W czwartek Birma wreszcie postanowiła oficjalnie zamknąć sprawę feralnego incydentu. Prezydent Thein Sein wysłał do Pekinu ministra spraw zagranicznych, którego wizyta była w całości podporządkowana zażegnaniu sporu. Wunna Maung Lwin złożył na ręce swojego chińskiego odpowiednika oficjalne przeprosiny w imieniu rządu i wojska. Szef resortu spraw zagranicznych przyznał, że birmańska strona jest w pełni odpowiedzialna za tragedię i nie próbował obarczać etnicznych rebeliantów choćby częścią winy. Wcześniejsze oświadczenia władz nie były tak jednoznaczne, a wręcz bagatelizowały całą sprawę. Ostatecznie jednak Birma nie zgłosiła żadnych zastrzeżeń do wyników wspólnego śledztwa z Chinami.


Birma zobowiązała się do wypłaty odszkodowań o równowartości ponad 11 tys. dolarów, a także obiecała, że "ukarze zgodnie z prawem wszystkich, którzy mieli związek z incydentem". Obie strony zażegnały więc kryzys we wzajemnych relacjach, ale specyfika pograniczna wciąż sprawia, że podobne incydenty mogą zdarzać się w przyszłości. Jedynym podmiotem, mogącym przerwać błędne koło są Chiny. Ale i one nie mają prostej ścieżki do rozwiązania konfliktu.

Co dalej?

Jeśli Państwo Środka uszczelni granicę, to spisze na straty rebelianckie oddziały, które przyparte do muru, nie będą miały szans w konfrontacji z rządową armią. Z całą pewnością szerokim echem na świecie odbiją się wówczas historie o niedoli uchodźców i cierpieniach niewinnych ludzi, którym przyszło żyć w strefie wojny. W sierpniu 2009 roku to właśnie dzięki dziurawej granicy około 30 tysięcy cywili zdołało uciec do chińskiej prowincji Junnan, gdy rebelianci Kokang i reżimowe wojska skoczyły sobie do gardeł. W obecnej odsłonie konfliktu z podobnej możliwości skorzystało już ponad 40 tysięcy osób.

Michał Lubina przekonuje, że niepewna granica jest także doskonałym instrumentem nacisku na rząd Birmy. - Chiny uszczelnią ją tylko w momencie, gdy będą miały pewność, że władze Birmy są ewidentnie prochińskie. Jednak tamtejsi politycy wciąż będą lawirowali między mocarstwami, co jest rozsądne ze względu na zachowanie własnej suwerenności. Co sprawia z kolei, że Chiny jeszcze przez wiele lat będą rozgrywały kwestię dziurawej granicy i etnicznych rebelii na własną korzyść. Szczególnie wobec rosnącej obawy o coraz większą obecność Amerykanów w regionie - tłumaczy.


Z drugiej strony, jeśli Chiny raz jeszcze wybiorą drogę mediatora, nie jest wcale powiedziane, że władze Birmy przyjmą ją z takim samą przychylnością, jak w przypadku pośrednictwa we wspomnianym już rozejmie z Kaczinami na przełomie 2012 i 2013 roku. Mozaika, jaką jest Birma (kraj zamieszkuje ponad 130 grup etnicznych, posługujących się około 70 językami), stwarza bowiem prostą drogę do niebezpiecznych precedensów i zgłaszania niepodległościowych ambicji przez coraz to kolejne mniejszości.


Jeśli okaże się, że w ten sposób można zyskać coś dla siebie, licząc przy okazji na cichą aprobatę Chin, łatwo wyobrazić sobie całą kolejkę "petentów". Warto przy tym pamiętać, że wsparcie etnicznych mniejszości przez Pekin zawsze będzie ukradkowe. W momencie ujawnienia tego procederu, Chiny przestaną jedynie igrać z ogniem na terenie Birmy, ale zaczną się prosić o pożar we własnym kraju. W Tybecie czy zamieszkałym przez Ujgurów Xinjiangu.

Pozostało znaków: 4000

REGULAMIN

Wszystkie (16)
Nie zgadzam się z opinią
8
Zgadzam się z opinią
97
~Verayher 2015-04-07 (20:59) 4 godziny i 10 minut temu

"pomaganie mniejszości oznacza tworzenie pożądanego przez Chiny stanu "kontrolowanej niestabilności" - jak widać jest to powszechnie stosowana taktyka: Rosja vs. Ukraina, Francja vs. Libia, USA vs. Syria.

odpowiedz

zgłoś do moderacji

Pokaż najnowsze odpowiedzi 1

Nie zgadzam się z opinią
24
Zgadzam się z opinią
94
~edek 2015-04-07 (20:56) 4 godziny i 13 minut temu

wielkie mi halo...amerykanie humanitarnie bombardowali jugoslawie....a gdy superdokladna rakieta ieprznela w szpital to palili niemca

odpowiedz

zgłoś do moderacji

Pokaż najnowsze odpowiedzi 2

Nie zgadzam się z opinią
3
Zgadzam się z opinią
9
~Jancio wodnik 2015-04-07 (22:42) 2 godziny i 27 minut temu

Świat zwariował... A ojce w grobach się przewracają... By ukrainiec był wieszczem w Polskiej mowie... i wygłaszał sądy i opinie dla Polaków. I cytat..." Oba kraje były nie bez powodu sekowane".... Chyba się pismakowi gry pomieszały..... Ot cała prawda o rzetelności pismackiej :) Nie pozdrawiam

odpowiedz

zgłoś do moderacji