Mieszczuchu! Nie osiedlaj się na wsi. Dla miejscowych zawsze będziesz obcy i niezrozumiały. Ciesz się, jeśli skończy się na spluwaniu na twój widok. Bo mogą nawet spalić ci dom.
Motywacja była prosta. Jak wielu innych wynieśliśmy się na prowincję, bo nie chcieliśmy już brać udziału w wyścigu szczurów - mówi Marzena F. z Wrocławia. - Praca menedżerów w międzynarodowej korporacji
pochłaniała nam większą część życia, a w pewnym momencie przesłoniła wszystko. W sumie przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Emigrację na wieś traktowaliśmy jak ostatnią deskę ratunku przed rozpadem małżeństwa.
Emigrantami państwo F. zostali prawie cztery lata temu. Rzucili pracę i założyli gospodarstwo ekologiczne we wsi u podnóża Tatr. Nie powiedzą dokładnie gdzie, bo nawet teraz boją się byłych sąsiadów.
- Mieliśmy sporo entuzjazmu i zero doświadczenia - wzdycha Tomasz F. - O góralach wiedzę czerpaliśmy głównie z telewizyjnych reklam piwa, w których mieszkańców Podhala pokazuje się często i chętnie.
Informacje o ludziach gór były menedżer zdobywał też, jeżdżąc co roku na narty, jedząc przejazdem kwaśnicę w góralskiej karczmie pod Łodzią oraz bawiąc się "w góralską wioskę" podczas imprezy integracyjnej w jego korporacji. - Na imprezie gawędziarz opowiadał głównie świńskie kawały o blondynkach, kiełbasa była z hipermarketu, ale ja byłem pod urokiem tych ludzi. Ich jasnych prawd, soczystego poczucia humoru, przywiązania do barwnych tradycji - mówi Tomasz.
Dla małżeństwa F. z barwnej tradycji została teraz tylko kupka popiołu - zakończyli prowincjonalną przygodę, gdy spalono ich nowy wiejski dom. - Nasz pobyt na wsi to był zły sen. Wręcz koszmar - wspominają F.
- I w tym problem. Wieś to już nie są ich korzenie, ziemia nie zawsze przychylna, a sąsiedzi nie zawsze mili - mówi doktor Piotr Nowak, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
F. uparli się jednak, że do miasta nie wrócą. Ale tym razem przeprowadzają się konwencjonalnie - do jednego z powstających masowo podmiejskich osiedli, które symulują wieś swoimi rzędami bliźniaczych
niby-chałup i niby-dworków.
Według raportów GUS w Polsce od lat 50. liczba mieszkańców wsi stale spadała. Dopiero po roku 2000 tendencja ta się odwróciła - teraz ludzi w miastach ubywa. W tempie 35-40 tysięcy osób rocznie rośnie
liczba mieszkańców wsi, a właściwie - podmiejskich osiedli domków jednorodzinnych. - Kiedyś awans społeczny oznaczał przeprowadzkę do miasta - tłumaczy doktor Piotr Nowak. - Dziś przeciwnie: mamy do czynienia z wielką falą ucieczki na prowincję. Ludzie są zmęczeni zgiełkiem metropolii, marzą o własnym kawałku raju: o skrawku przychylnej ziemi otoczonej lasem i miłymi sąsiadami o spracowanych rękach. Często mówią o powrocie do źródeł, do korzeni.
Socjologa nie dziwi ani decyzja małżeństwa F., ani zły finał ich przygody. - Część wyjeżdża dalej niż za rogatki i marzenia się rozwiewają - mówi doktor Nowak.
Wsłuchaj się w tubylców
- Może my, mieszczanie, jesteśmy nawiedzeni? Naiwni? Pełni głupich ideałów? Za to polska wieś żadnych ideałów już nie ma, jest absolutnie bezmyślna i bezinteresownie okrutna - uważa Bożena Wahl, znana warszawska malarka, właścicielka prywatnego schroniska dla zwierząt.
Ze stolicy pod Rawę Mazowiecką przeniosła się 14 lat temu. Dziś mieszka w nieotynkowanym ceglanym domu na skraju wsi. Nie do końca samotnie, bo na swoim terenie trzyma 700 psów. - Po pierwsze, wyniosłam się właśnie dla psów, których nie mogłam już trzymać w mojej warszawskiej pracowni. Po drugie, wyniosłam się dla wschodów i zachodów słońca, dla ciszy i kolorów natury - wspomina.
Dziś przyznaje, że jej wybór zamienił się w dramat. Mieszkańcy podrzucali jej każde niechciane zwierzę, traktowali jak wariatkę. Czuła się przeklęta przez polską wieś. W końcu sama ją przeklęła.
- Wieś nigdy nie zaakceptuje wrażliwości mieszczucha, jego litowania się nad głodnym psem albo kozą wystawioną bezsensownie w upalny dzień na słońce - twierdzi Wahl. - I jego stylu życia, który nie jest
już tylko podporządkowany rytuałom takim, jak chrzciny, wesela i pogrzeby.
Pewien pogrzeb zapamięta do końca życia. Na wsi umarła starsza kobieta, której artystka miała namalować portret. Po pogrzebie Wahl zauważyła, że rodzina staruszki ją ignoruje. W końcu nie wytrzymała, spytała, w czym problem. Okazało się, że w przyjęciu po pogrzebie uczestniczyła cała wieś. Z wyjątkiem malarki.
- Byłam zszokowana - przyznaje Bożena Wahl. - W mieście w ostatnim pożegnaniu uczestniczą najbliżsi zmarłego, ewentualnie znajomi i przyjaciele. Nie przyszłoby mi do głowy, by swoją osobą zakłócać tak
przykrą, ale też, jak mi się wydawało, prywatną uroczystość.
- Ludzie z miasta muszą zdawać sobie sprawę, że zawsze będą obcym wtrętem w lokalny organizm, w którym wszyscy od lat się znają i wiedzą o sobie wszystko lub prawie wszystko - podpowiada doktor Nowak.
Masz swoje poglądy? Tu jest miejsce, gdzie możesz je swobodnie
wyrazić! Pisz, komentuj i dyskutuj. Pamiętaj o tym, że nie będziemy
tolerować niecenzuralnych wypowiedzi i wulgaryzmów. Wymieniaj poglądy
a nie obelgi.
Zasady Opinii
Aby codziennie otrzymywać przegląd najważniejszych wiadomości prasowych wprost do swojej skrzynki email wpisz swój adres:
Jeśli chcesz mieć błyskawiczny dostęp do najświeższych
wiadomości z serwisów Wirtualnej Polski, skorzystaj z
kanałów informacyjnych RSS, Atom lub Cafe News.