Jednym z nieodłącznych elementów ludzkiego życia jest śmierć, a co za tym idzie, wszelkie czynności i obrzędy związane z chowaniem zmarłych. A były one przeróżne w długiej historii ludzkości. Starożytni Egipcjanie zwłoki swoich bliskich mumifikowali, Indianie umieszczali je w kamiennych kurhanach, Polinezyjczycy wkładali ciała do małych łódek, aby dryfowały na pełnym morzu. W Indiach czynności związane z grzebaniem zwłok uważano za coś wstydliwego i haniebnego. Zajmujący się tym procederem pariasi byli odtrąceni przez ogół społeczeństwa - pisze Internauta Michał Solanin.
W chrześcijańskiej tradycji przyjęło się, że zmarłych grzebiemy według tzw. pochówków szkieletowych. Oznacza to, że zwłoki są umieszczane w ziemnej mogile, bądź też grobowcu czy krypcie, bez uprzedniej ingerencji, takiej jak mumifikacja czy kremacja. Taki proceder jest najbardziej rozpowszechniony w naszym kręgu kulturowym. W ciągu ostatnich lat pojawił się nowy zwyczaj grzebania zwłok, które są poddane kremacji. W dużych miastach taki pochówek nie jest już nowością, teraz jednak obyczaj ten powoli trafia do mniejszych miast. Wszystko odbywa się tradycyjnie. Jest więc nabożeństwo żałobne w kościele i tradycyjna procedura na cmentarzu. Różnica polega na tym, że w grobowcu zamiast trumny spoczęła urna ze skremowanymi zwłokami.
Powszechnie sądzi się, że obyczaj kremacji przybył do nas wraz z kulturą zachodu. Dotychczas zjawisko to znaliśmy przecież z hollywoodzkich filmów, bądź z doniesień mediów. Palenie zwłok jest jednak dużo starsze niż hollywoodzkie kino, czy nawet same Stany Zjednoczone. Pochówek ciałopalny był stosowany na naszych ziemiach na długo przed przyjęciem chrześcijaństwa. Słowianie palili swoich bliskich na żałobnych stosach wraz z całym ich dobytkiem, podobnie czyniły plemiona germańskie. W przeciwieństwie do pojęcia: "pochówek ciałopalny" termin "kremacja" nabrał pejoratywnego znaczenia w czasach II wojny światowej.
Wybitny archeolog z Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Andrzej Buko w jednej ze swych najnowszych publikacji odsłania nam tajemnice okolic Sandomierza. Naukowiec ten jest z Ziemią Sandomierską dość mocno związany, prowadził tu bowiem szereg wykopalisk. Jeszcze w latach 70. XX wieku odkryto ślady ciałopalnych cmentarzysk w Winiarach i Trzebiesławicach. Na dnie badanych kurhanów archeolodzy odkryli warstwę spalenizny i przepalone kości ludzkie. Prawdziwą niespodziankę przyniósł jednak początek lat dziewięćdziesiątych. W okolicach Kleczanowa zlokalizowano wówczas osadę z epoki plemiennej, która istniała tu pomiędzy VIII a X wiekiem. Prawdziwą sensacją było 37 doskonale zachowanych kurhanów, o których nikt wcześniej nie miał pojęcia. Naukowcy przebadali czternaście z nich. Okazało się, że są to tzw. pochówki ciałopalne typu nadkurhanowego. Przy tego typu pochówkach spalone szczątki umieszczano w glinianym naczyniu, które stawiano na wierzchołku kurhanu.
Aby zrozumieć ideę palenia zwłok (która przecież jest naszym dziedzictwem kulturowym) musimy cofnąć się ponad tysiąc lat wstecz, do wczesnego średniowiecza. Proceder ten opisał bardzo dokładnie arabski podróżnik i kronikarz, Ibn Fadlan. Wprawdzie opisuje on zwyczaje pogrzebowe z terenów Rusi, a historycy nie są pewni czy chodzi mu o tamtejszych Słowian, czy skandynawskich Waregów. Biorąc jednak pod uwagę podobieństwa kulturowe wczesnych Słowian i Germanów możemy uznać, że pochówek na ziemiach polskich wyglądał podobnie.