To, co się dzieje ostatnio w Polsce, nie napawa optymizmem. Sprawa ustawy refundacyjnej miała mniej drastyczną formę, bowiem dotyczyła węższego środowiska. Wydaje się, że mimo ogromnej skali zaniedbań ówczesnej minister zdrowia, która zamiast ustawą zajmowała się własną kampanią wyborczą, kryzys został na razie zażegnany przez obecnego szefa resortu. Z ACTA jest inaczej. Grupa niezadowolonych rozrasta się i może przybrać kształt szerokiego ruchu społecznego, który sparaliżuje działania ekipy rządzącej - mówi w pierwszej części wywiadu udzielonego Wirtualnej Polsce Jan Olszewski, premier w latach 1991-1992.
Agnieszka Niesłuchowska, Wirtualna Polska: Nad rządem Donalda Tuska zbierają się czarne chmury. Zaczęło się od protestu lekarzy i aptekarzy krytykujących ustawę refundacyjną, teraz, przeciw planom wprowadzenia cenzury w internecie, buntują się młodzi ludzie. Opozycja woła: czas Platformy się kończy. Słusznie?
Jan Olszewski: To, co się dzieje ostatnio w Polsce, nie napawa optymizmem. Sprawa ustawy refundacyjnej miała mniej drastyczną formę, bowiem dotyczyła węższego środowiska. Wydaje się, że mimo ogromnej skali zaniedbań ówczesnej minister zdrowia, która zamiast ustawą zajmowała się własną kampanią wyborczą, kryzys został na razie zażegnany przez obecnego szefa resortu. Z ACTA jest inaczej. Grupa niezadowolonych rozrasta się i może przybrać kształt szerokiego ruchu społecznego, który sparaliżuje działania ekipy rządzącej.
Donald Tusk ma tego świadomość. Zapowiedział, że jeśli opinia o tym, że umowa ACTA jest zagrożeniem dla wolności, będzie uzasadniona, rząd nie przedłoży jej do ratyfikacji. Premier wystraszył się protestów?
- To, co mówi premier, nie przekonuje. Albo decydujemy się na podpisanie dokumentu, albo nie, zwłaszcza, że mieliśmy czas na dogłębną analizę. Przez ostatnie pół roku sprawowaliśmy prezydencję w Radzie Unii Europejskiej, więc mieliśmy szczególny obowiązek dokładnego zapoznania się z tym dokumentem. Tryb, w którym pracowano w Polsce nad ACTA, był fatalny, dlatego wyjście z tego impasu będzie bardzo trudne. Na przeforsowaniu ACTA najbardziej zależy amerykańskim korporacjom, w grę wchodzą wielkie interesy, które z prawami autorskimi mają niewiele wspólnego, a gospodarcze i społeczne skutki będą dla wielu krajów olbrzymie.
Ale w 2010 roku polscy europosłowie, z wyjątkiem SLD, jak jeden mąż głosowali za ACTA. Nie widzieli, na co się zgadzają?
- Widać nikt się nie zorientował.
Nie najlepiej świadczy to o naszych reprezentantach.
- Nie wiem, jak wygląda proces legislacyjny w Parlamencie Europejskim, ale znam praktykę polskiego parlamentu.
Od momentu, gdy wstąpiliśmy do UE, odbywa się proces dostosowywania naszego prawa do dyrektyw unijnych, więc, prawdę mówiąc, nikt nad tym chaosem nie panuje.
Gdy uchwala się setki ustaw, trudno się we wszystkim zorientować. Większość posłów nie wie, za czym głosuje. Sam mam na koncie parę takich głosowań.
Jarosław Kaczyński przeprosił za to, w jaki sposób głosowali europosłowie z ramienia PiS.
- Przeprosiny były w takiej sytuacji czymś oczywistym. Zresztą, z tego co wiem, wyciągnięto konsekwencje organizacyjne. Pamiętajmy jednak, że takich spraw są dziesiątki. Dopiero, gdy zrobi się awantura, ludzie się dowiadują, co
posłowie przegłosowali.
Tu już nie chodzi tylko o europosłów. O utajnienie prac nad ACTA oskarżany jest minister Bogdan Zdrojewski, oberwało się też szefowi resortu cyfryzacji – Michałowi Boniemu. Pojawiały się plotki, że zostaną zdymisjonowani, ale premier pozostawił ich na stanowiskach. Spodziewał się pan tego?
-
Myślę, że minister Boni miał świadomość wagi tej sprawy i pierwszy zorientował się, że będzie z tego niezły pasztet. Z kolei minister Zdrojewski być może uległ naciskowi środowiska twórców, którzy mają poczucie, że przepisy dot. prawa autorskiego są obchodzone. Nie wiem, czy któryś z ministrów zdawał sobie sprawę, kto jest prawdziwym beneficjentem ACTAJan Olszewski Myślę, że minister Boni miał świadomość wagi tej sprawy i pierwszy zorientował się, że będzie z tego niezły pasztet. Z kolei minister Zdrojewski być może uległ naciskowi środowiska twórców, którzy mają poczucie, że przepisy dot. prawa autorskiego są obchodzone. Nie wiem, czy któryś z ministrów zdawał sobie sprawę, kto jest prawdziwym beneficjentem ACTA. Rodzi się też pytanie, jak pracuje kancelaria premiera. Kto powinien pilnować tak ważnych spraw i dlaczego tego nie zrobił. Jeśli do tego dodamy, że Rada
UE wyraziła zgodę na podpisanie umowy ACTA podczas posiedzenia rady komisji rolnictwa i rybołówstwa, na której reprezentował nas minister Sawicki, to komentarz jest zbędny.
Jeśli jednak, jak pan to nazywa - pasztet - wychodzi na światło dzienne, to czy nie lepiej byłoby wyciągnąć z tego konsekwencje personalne?
- Dymisja na poziomie ministerialnym byłaby może wskazana, ale świadczyłaby o tym, że
premier zmienił zdanie, a tego nie ma w zwyczaju. Jeśli kogoś zdymisjonuje, to z dużym opóźnieniem. Woli bronić swoich ministrów, niż przyznać się do błędu.
Z ostatnich sondaży wynika, że większość Polaków (46%) jest przeciwna podpisaniu przez Polskę ACTA. Ci sami ludzie wystawią rządowi cenzurkę przed kolejnymi wyborami?
- Do wyborów mamy jeszcze cztery lata, wiele może się zmienić. Jeśli ruch przeciwników
ACTA się rozwinie,
rząd tego nie wygra i PO dużo straci.
W opinii Stefana Niesiołowskiego młodzi ludzie, którzy bronią ACTA demonstrując z symbolami Polski podziemnej, nic nie rozumieją. - Jeśli ktoś w takiej sprawie wynosi symbole Polski Podziemnej to jest idiotą i nie należy z nim w ogóle dyskutować – stwierdził w Radiu Zet. Co pan na to?
- Pan Niesiołowski zapomina, a powinien jeszcze pamiętać, że w stanie wojennym Solidarność robiła to samo i również pod jej adresem propaganda rządowa formułowała zarzuty, że nadużywa pamięci bohaterów II wojny światowej.
Czyli usprawiedliwia pan protestujących?
- Młodzi przejęli tradycję, która powstała za czasów pokolenia Solidarności. Jeśli chodzi o moją prywatną opinię, to zarówno w czasach strajków Solidarności, jak i dziś, porównywanie stanu wojennego do czasów okupacji wydaje mi się dużą przesadą.
A rozśmieszyła pana, tak jak ministra Zdrojewskiego - pani Basia, internautka, wcielająca się w gen. Jaruzelskiego i obwieszczająca na stronie premiera wprowadzenie stanu wojennego w internecie?
- Dla ludzi, którzy przeżyli stan wojenny, było to pewnie przykre, ale mnie to nie oburza. Dzisiejsze pokolenie ma taki styl.
I myśli pan, że uda się tę sprawę załatwić? Uda się wypracować jakiś kompromis?
- Jeśli można tak konsekwentnie ignorować prawdę ws. katastrofy smoleńskiej, to dowodzi to ciężkiej niewydolności życia publicznego. W takiej sytuacji rządzący mogą mieć nadzieję, że sprawę umowy ACTA też da się przeczekać.
Jarosław Kaczyński uważa, że śledztwo smoleńskie należy zacząć od nowa. Trudno jednak byłoby to sobie wyobrazić.
- To prawda.
Choć są ku temu powody, od nowa śledztwa zacząć się nie da, przynajmniej, póki nie odzyskamy oryginałów czarnych skrzynek i szczątków samolotu. Mamy za to raport MAK, będący demonstracją rosyjskiej pogardy wobec PolskiJan Olszewski, były premier
Choć są ku temu powody, od nowa śledztwa zacząć się nie da, przynajmniej, póki nie odzyskamy oryginałów czarnych skrzynek i szczątków samolotu. Mamy za to
raport MAK, będący demonstracją rosyjskiej pogardy wobec Polski.
Dlaczego Rosjanie nami gardzą?
- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Być może uznali, że jeśli zachowujemy się tak, jak się zachowujemy, nie zasługujemy na nic więcej.
Ale rosyjskie śledztwo nie zostało zakończone.
- Nie wierzę, by wniosło coś nowego. Nie sądzę też, by naszej prokuraturze udało się wyjaśnić rzeczywistą przyczynę wypadku bez rekonstrukcji wraku i odzyskania oryginałów czarnych skrzynek. Wiele rzeczy jest tu nie do odrobienia. Widzieliśmy przecież, co działo się z wrakiem i jak zabezpieczono miejsce katastrofy.
Na przestrzeni niespełna dwóch lat od wypadku pojawiały się różne hipotezy nt. przyczyn katastrofy. W tym kontekście spekulowano nawet, że mogło dojść do zamachu. Daje pan wiarę takim przypuszczeniom?
- W obecnym stanie śledztwa żadna wersja tej katastrofy nie może być wykluczona. To by dowodziło elementarnego braku profesjonalizmu. Dziwne jest jednak dla mnie to, że komentarze nt. rzekomego zamachu, a z drugiej strony - lansowana teza, że do katastrofy doszło z winy działających pod presją pilotów, padały już w godzinę po wypadku. W internecie pojawił się też filmik z miejsca katastrofy, na którym widać jak ktoś z rosyjskich służb strzela, w tle słychać krzyki. Zastanawiam się, kto spreparował ten filmik tak szybko i wprowadził go do sieci? Wygląda to tak, jakby komuś zależało na skierowaniu powszechnego zainteresowania na fałszywy trop.