Darek Drozd był bogaczem. Wybrał się na koniec świata, a po powrocie zupełnie odmienił swoje życie. Lichwiarz z Lubina pozbył się całego majątku i pieszo – bez grosza w kieszeni, map, nie znając języków – ruszył w pokutną pielgrzymkę do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela. Bóg jest moim ubezpieczeniem – powtarza. Ufam mu bez reszty.
Darek podnosi stopę, pokazuje sandały, w których przeszedł dwa tysiące kilometrów. W podeszwę producent wtopił kropkę z zielonego plastiku.
Oferują zwrot pieniędzy jeśli się zetrze – mówi z uśmiechem. Po trzech miesiącach w drodze podeszwa jest cieńsza o kilka milimetrów, ale zieloną kropkę wciąż widać. Nici z pieniędzy. Drobiazg. Jeszcze niedawno Darek miał ich mnóstwo. Nie dały mu szczęścia.
Z serca nienawiść
Kiedy otwierał lombardy i stać go było na wszystko – każdy kaprys, najnowsze audi prosto z salonu, podarowanie dziewczynie kilku tysięcy na drobne zakupy – wydawało mu się, że panuje nad swoim życiem, i że poradzi sobie w każdej sytuacji. Jeździł po dyskotekach, szalał z kumplami, robił głupstwo za głupstwem – liczyła się kasa i zabawa. Posypało się. Sześć lat temu rozszedł się z żoną – szkolną miłością, którą poślubił jako osiemnastolatek, bo dziecko było w drodze. Po rozwodzie znalazł inną kobietę, wybudował dla niej nowy dom. Jednak coraz mocniej czuł, że życie, nad którym niby panował, zamienia się w katastrofę. Nadal miał pieniądze, ale nie opuszczał go niepokój.
Miałem w sobie tyle złości, tyle żalu – opowiada.
Przemiana zaczęła się równo rok temu. Pamiętam, modliłem się na cmentarzu: „Boże, jeśli jesteś, zabierz mi z serca nienawiść, a zrobię co zechcesz”. I nagle, kilka dni później, wszystko minęło bez śladu. Pierwszy raz w życiu poczuł taki spokój i taką wolność.
Mył się w butelce
„Kamień z serca” – mawiają ludzie o podobnych chwilach. Darek też czuł – fizycznie, całym ciałem – jakby ściągnięto z niego ogromny ciężar.
Zaufałem Panu Bogu. On ma plan – powtarza, zaciskając w dłoni różaniec z drewnianych paciorków nawleczonych na czerwoną sznurówkę. Nawet z dyndającym na piersi ogromnym krucyfiksem nie wygląda jak dewot: jest opalony, umięśniony, z tatuażami wystającymi spod obcisłego t-shirtu. Bóg chciał, by się oczyścił, więc po modlitwie na cmentarzu Darek Drozd zostawił nowo wybudowany dom, rzucił firmę, pozbył się zarobionego na lichwie majątku. Został nędzarzem, bez grosza przy duszy. Rodzina odstąpiła mu – na pustelnię – dwa pokoiki w starej chałupce w Brunowie, z hulającym po izbie wiatrem, bez wody. Mył się w butelce. Modlił i medytował. Zarośnięty jak średniowieczny mnich, dwa miesiące błąkał się po okolicy, wypatrując znaku.
Znak muszli i krzyża
Znaków była cała sekwencja – nie wszystkie dostrzegł od razu. Pierwszy to chłopiec, którego 11 miesięcy temu urodziła jego córka. Na chrzcie rodzice dali mu imię Jakub. Darek Drozd opiekował się wnukiem. Pojechał z małym odwiedzić szwagierkę w Chocianowie. Tam wyjrzał przez okno i zobaczył jakieś tablice w oddali.
Beata, co to jest? – pytał. Ten widok nie dawał mu spokoju. Wyszedł obejrzeć je z bliska. Na planszach był symbol muszli z krzyżem. I informacja, że tędy biegnie droga do słynącego cudami grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela. Czytał i czuł dreszcz, nie od zimna, bo nagle wszystko ułożyło się w wyraźny wzór. Już wiedział, czego szukał.
Pierwszy dzień
Półtora miesiąca później, 8 kwietnia – w niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego – wyruszył sprzed kościółka w Jakubowie do Hiszpanii. Pieszo, z 25-kilowym plecakiem i stopami obutymi w niezniszczalne ponoć sandały. On, który dotąd prawie nie chodził, tylko kursował samochodem między firmą a domem. Bez mapy. Bez pieniędzy. Bez ubezpieczenia na wypadek choroby. Bez podstawowej znajomości języków umożliwiającej dopytanie się o drogę czy nocleg. Z Bogiem, który – jak wierzył – o wszystko zadba. Zaczęło się fatalnie, choć ten pierwszy 20-kilometrowy odcinek to miała być pestka. Błądził, źle odczytywał znaki. W Grodowcu miał umówiony nocleg u księdza, ale kiedy wreszcie po dziewięciu godzinach marszu dotarł na plebanię, zastał zamknięte drzwi. Wszystko szło nie tak. No i jeszcze deszcz, który zaczął padać, gdy w ciemności rozkładał namiot. Mokry, zmęczony, głodny zasnął myśląc: „Panie Boże, gdzie ja? Ja nie dam rady.”