Prezydent wszedł do samolotu. Życzyłem mu spokojnej podróży. Powiedziałem: "do zobaczenia". Później patrzyłem, jak samolot kołował. Wróciłem do auta. Byłem spokojny, przecież widziałem, jak bezpiecznie wystartowali - opowiada Wirtualnej Polsce doradca Lecha Kaczyńskiego Andrzej Klarkowski, który 10 kwietnia na Okęciu żegnał delegację udającą się do Smoleńska. Podkreśla, że mimo upływu czasu wciąż ma w głowie obraz pasażerów tragicznego lotu, ich rozmowy, poszczególne głosy.
Paulina Piekarska: Długo znał pan Lecha Kaczyńskiego?
Andrzej Klarkowski: W 1992 r. zostałem zaproszony do kancelarii Lecha Wałęsy jako socjolog. Jej szefem był wtedy Jarosław Kaczyński. W przelocie poznałem wówczas też jego brata. Bliżej zetknęliśmy się ze sobą w urzędzie miasta, gdy Lech Kaczyński został prezydentem Warszawy.
Jak go pan zapamiętał?
- To była zupełnie inna osoba niż ta pokazywana przez media. Był ciepły, otwarty, błyskawicznie nawiązywał kontakt z innymi, skracał dystans, ale jednocześnie nie było to spoufalanie się na siłę. Sypał jak z rękawa anegdotami. Z przyjemnością się go słuchało. Po różnego rodzaju uroczystościach oficjalnych, w których brał udział, zawsze gromadził się wokół niego wianuszek słuchaczy. I to nie byli żadni dworacy, pochlebcy tylko osoby autentycznie zainteresowane jego opowieściami. Lech Kaczyński był prawdziwym erudytą, miał ogromną wiedzę na temat historii, prawa. Bardzo ważne były dla niego spotkania lucieńskie - stworzył sobie tam takie środowisko, gdzie w pełni mógł być sobą, gdzie nie musiał z nikim walczyć. To był swego rodzaju salon, gdzie czuł się jak ryba w wodzie. Tam odżywał po ciężkich, stresujących chwilach. Prezydent nie lubił walczyć, unikał konfrontacji. Nigdy nie słyszałem, żeby kogoś obraził. Myślę, że negatywne emocje przeżywał wewnętrzne nie obarczając innych.
|
| |
Jakim był szefem?
- Trudnym, bo nieustępliwym. Pozwalał się wypowiedzieć, słuchał argumentów, ale później i tak robił swoje. Ja to szczególnie odczuwałem jako jego doradca. Gdy Lech Kaczyński realizował swoją wizję, był przekonany, że coś jest dobre dla kraju, to nie można go było od tego odwieść, nie liczył się z tym, że może ponieść tego koszty. Nawet fakt, że wchodzi w konflikt z większością ludzi nie miał dla niego znaczenia. Być może wyniósł to jeszcze z czasów PRL. Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale prezydent był "przesadnie rycerski": od mężczyzn więcej wymagał, natomiast w stosunku do kobiet był łagodniejszy, bardziej opiekuńczy. Od czasu do czasu zdarzały się sytuacje stresowe - w ciągu dwóch godzin trzeba było odpowiedzieć na pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi, albo wykopać dane, których nie wiadomo nawet gdzie szukać. Wtedy nie było przeproś - materiały musiały się znaleźć. Ja lubię takie wyzwania, ale nie wszyscy to wytrzymywali. Innym problemem jest kwestia samej pracy z prezydentem, który reprezentuje pewien majestat. Część osób ma tremę, nie jest w stanie zebrać myśli. Niektórzy mają wrażenie, że mają do czynienia z osobą wyniosłą, odległą, która ich nie słucha, ale to była raczej projekcja ich własnych lęków. Jak ktoś się z tym oswoił, to Lech Kaczyński był fajnym szefem. Niestety dziś już go nie ma.
|
| |
Znał pan też Marię Kaczyńską.
- Poznałem ją w 2005 r. Łączyło nas zamiłowanie do muzyki. Chodziliśmy razem na koncerty. Pani prezydentowa była wysmakowaną melomanką. W filharmonii miała swoje stałe miejsce – na balkonie pośrodku. Była tak pogodna, a do tego skromna i subtelna, starała się nie sprawiać swoją osobą żadnego zamieszania. Nieraz wchodziła do filharmonii czy opery w momencie, gdy gasły już światła. Pilnowała, żeby ochrona nie rzucała się w oczy. Wiosną chodziła na festiwal beethovenowski, latem bywała na koncertach festiwalu chopinowskiego. Myślę, że w dużej mierze jej zasługą w czasach gdy
Lech Kaczyński był prezydentem Warszawy było przejęcie przez stolicę festiwalu organizowanego wcześniej w Krakowie przez Elżbietę Penderecką. Wiele imprez muzycznych odbywających się pod patronatem prezydenta merytorycznie było przygotowanych pod okiem pani Marii. Była osobą bardzo zasłużoną dla życia muzycznego Warszawy. Drugim naszym wspólnym hobby były zwierzęta, głównie psy. Pani Maria miała czarnego teriera szkockiego. Kiedyś podarowałem jej na imieniny kolorową rycinę z lat 20. przedstawiającą psy tej rasy. Pamiętam, że bardzo ją rozśmieszyła. Często wymienialiśmy się anegdotami na temat naszych pupili.
Wszyscy podkreślają, że byli niezwykle zżytym małżeństwem.
- To była idealna para. Głębia uczucia i siła związku między nimi była trudna do opisania. To było trochę staroświeckie, dziś trudno spotkać osoby tak sobie oddane. Pani Maria była niewyobrażalnie wręcz opiekuńcza w stosunku do męża. Niektórzy wręcz się z tego śmiali, krążyło wiele anegdot, jak troszczyła się o Leszka, pilnowała, by dobrze wyglądał, był najedzony. Może to wyglądało śmiesznie, ale to była autentyczna potrzeba serca. Działało to też w drugą stronę. Prezydent zawsze mówił o żonie czule. Wiem, że w różnych sytuacjach pani Maria dzwoniła do niego do kancelarii, pytając jak się czuje, czy wszystko w porządku. Czasami ponaglała go, żeby wracał do domu. Była takim jego aniołem. To brzmi cukierkowato, ale tak było. Byli związani ze sobą autentycznym uczuciem.
Nie chciał pan jechać do Katynia razem z prezydentem?
- O wizycie prezydenta w Katyniu pierwszy raz usłyszałem mniej więcej w lutym. Początkowo miałem pomysł, żeby też lecieć – to był wyjazd symboliczny, prestiżowy. Zrezygnowałem jednak, kiedy zorientowałem się, jak dużo jest chętnych. Pomyślałem, że byłoby nie fair, gdybym pojechał, ponieważ nie mam powodów osobistych, żeby tam być. Jak każdy Polak żywię do tego miejsca szczególne uczucie, nie mam jednak żadnych zobowiązań rodzinnych. Leciałbym z sentymentu, zabierając miejsce komuś, kto miał w Katyniu bliskich. Dlatego zrezygnowałem ze starań.
10 kwietnia znalazł się pan jednak na Okęciu.
- Kilka dni przed wizytą poproszono mnie, żebym był osobą, która oficjalnie pożegna Lecha Kaczyńskiego. Jest taki zwyczaj proceduralno-formalny, że ktoś z urzędników kancelarii wita i żegna prezydenta. Przeważnie obowiązek ten należał do kogoś z doradców lub ministrów. Tego dnia część z nich leciała do Katynia, wielu urzędników było w rozjazdach, dlatego repertuar osób, które mogły podjąć ten obowiązek, był niewielki. Zresztą to nie był mój pierwszy raz, wcześniej wielokrotnie żegnałem prezydenta. Ale nie rwałem się do tego.
Dlaczego?
- Był to zaszczyt, ale uciążliwy. 10 kwietnia wypadał w sobotę. Mieszkam kilka kilometrów za Warszawą, a na Okęciu trzeba było być o świcie. Dla mnie to była cała wyprawa. Ale jak dowiedziałem się, że do wyboru jestem albo ja, albo minister Bożena Borys-Szopa, która pochodzi ze Śląska, w związku z czym dla niej byłoby to jeszcze bardziej uciążliwe, zgodziłem się. Umówiliśmy się, że ja pożegnam, a ona powita prezydenta po powrocie. Do dziś mam przepustkę, która 10 kwietnia upoważniała mnie do jednorazowego wejścia na płytę lotniska. Taka tragiczna pamiątka.
Pamięta pan, o której pojawił się na lotnisku?
- Była godzina 6.10 czy 6.15. To była bardzo specyficzna sytuacja, odbiegająca od konwencjonalnych wyjazdów, bo mimo że było tak wcześnie, na Okęciu przywitały mnie dzikie tłumy. Ten dworzec lotniczy jest bardzo mały – przypomina budynek dworca jakiejś linii podmiejskiej. Ma dziwny rozkład - nie ma tam jednej dużej poczekalni, w której jednocześnie zmieściłoby się więcej niż 20 osób. Na dole są cztery saloniki, na górze jeden. Dlatego część ludzi stała przed dworcem, część w środku. Osób było tak dużo, że obsługa lotniska, która normalnie szczegółowo sprawdza dokumenty, tym razem robiła to automatycznie na zasadzie: „dokument, następny” już bez prześwietlania bagaży. To przerastało możliwości organizacyjne tego budyneczku.