- To nie jest porwanie dla okupu - przekonuje w rozmowie z Wirtualną Polską nadkomisarz Dariusz Loranty, pytany o zaginioną sześciomiesięczną Magdę z Sosnowca. Były negocjator policyjny, który pracował przy dziesiątkach porwań, i szef platformy eksperckiej Studium Negocjacji Kryzysowych zdradza, że "nos gliniarza i doświadczenie podpowiadają mu dwie najbardziej prawdopodobne wersje tego, co mogło się wydarzyć". - Policja prędzej czy później dotrze do prawdy, odkryje też, jakie tajemnice kryje rodzina porwanej dziewczynki. Doświadczony policjant przez skórę wyczuwa, gdy ktoś kłamie - zaznacza.
Jakie pana zdaniem są szanse na odnalezienie porwanej we wtorek sześciomiesięcznej Magdy z Sosnowca?
Dariusz Loranty: Duże, nawet bardzo. Pracowałem przy ok. 50 uprowadzeniach, znam metody pracy policji. Wiem, że jest skuteczna. Liczę, że w tym przypadku będzie tak samo. Może nie jestem obiektywny, ale mam zaufanie do doświadczonych gliniarzy, a takich na Śląsku nie brakuje. Mają masę podobnych zdarzeń i duże umiejętności.
Bazując na swoim doświadczeniu, jak ocenia pan dotychczasowe działania policjantów?
- Nie chcę oceniać ich pracy jedynie na podstawie przekazów medialnych. Zauważyłem jednak, że rzecznicy śląskiej policji świadomie i celowo chcą odwrócić uwagę mediów od tego, co naprawdę istotne w śledztwie, nad czym rzeczywiście pracują. Nie mam wątpliwości, że niektóre z ich wypowiedzi miały na celu wprowadzenie sprawców tego zdarzenia w błąd. Media są tubą przekazującą.
O których wypowiedziach pan mówi?
- Na przykład, że zakładają, że było to porwanie dla okupu. To oczywiste, że w tym przypadku nie mamy do czynienia z porwaniem dla okupu. Śląscy policjanci mają duże doświadczenie w tego typu sprawach i z rozwagą kierują dochodzeniem. Biorąc pod uwagę wypowiedzi rzeczników jestem pewien, że policja ma już kilka wersji przebiegu zdarzeń, a także wytypowanych potencjalnych podejrzanych.
Pana zdaniem Magda nie została porwana dla okupu?
- Zdecydowanie nie. Gdy chodzi o pieniądze, sprawcy od razu kontaktują się z rodziną. Nie chcą nagłośnienia sprawy, zabraniają rodzinie kontaktów z mediami, a przede wszystkim z policją. Trzeba też wiedzieć, że w Polsce porwania dzieci prawie się nie zdarzają. Łatwiej jest nie grając, wygrać w totolotka, niż mieć uprowadzone dziecko. Ostatnie uprowadzenie niemowlęcia miało miejsce w Warszawie w 1997 r. lub 1998 r. Porwano dziecko prezesa dużej włoskiej firmy. Sprawcą okazała się opiekunka tego dziecka, która działała w zorganizowanej grupie, nota bene należała do rodziny. Pojęcie porwania w potocznym języku to bardzo szerokie spektrum, ale nie w pełni odpowiada porwaniu w rozumieniu przepisów.
Gdyby pan prowadził dochodzenie, jakie opcje brałby pan pod uwagę?
- W przypadku każdego przestępstwa buduje się kilka lub nawet kilkanaście różnych wersji przebiegu wydarzeń, które bazują na aktach postępowania przygotowawczego, a także zeznaniach rodziców, świadków, sąsiadów oraz śladów znalezionych na miejscu zdarzenia. Gdybym prowadził to śledztwo na wstępnym etapie zakładałbym:
porwanie dla okupu, porwanie dla narządów, porwanie na zlecenie, akt zemsty na rodzinie lub porwanie przez osobę zaburzoną psychicznie. Każdą z tych wersji trzeba zweryfikować.
Która z nich dzisiaj jest dla pana najbardziej prawdopodobna?
- Każda jest możliwa, oprócz jednej - porwania dla okupu.
Sprawą żyje cała Polska, pojawia się wiele różnych hipotez.
- Sprawa została bardzo nagłośniona, więc nic dziwnego. Policjanci sprawdzają wszystko - od zeznań świadków, przez plotki na temat rodziny i komentarze na forach czy portalach internetowych. Prześwietla się dokładnie wszystkich członków rodziny - rodziców, dziadków. W przypadku uprowadzenia na zlecenie,
dziecko wystawił albo ktoś z rodziny, albo ktoś, kto wcześniej obserwował dziewczynkę.
Policja prędzej czy później to ustali.
Pracowałem w wydziale do walki z terrorem kryminalnym od 1999 do 2007 r. i nie znam ani jednego przypadku, w którym Krzysztof Rutkowski zdołałby wykryć sprawcę uprowadzenia Dariusz Loranty, były negocjator policyjny
Czy pomoc detektywa Krzysztofa Rutkowskiego pomaga sprawie? Ojciec Magdy mówił, że policja prosiła jego rodzinę, by ograniczyła do minimum kontakty z mediami, tymczasem w niedzielę detektyw zwołał konferencję prasową.
- Jego udział nie ma żadnego znaczenia dla rozwiązania sprawy. Rutkowski robi to dla własnej reklamy. Pracowałem w wydziale do walki z terrorem kryminalnym od 1999 do 2007 r. i nie znam ani jednego przypadku, w którym zdołałby on wykryć sprawcę uprowadzenia. Trzeba przy tym odróżnić uprowadzenie od sytuacji, gdy np. po rozwodzie jedno z rodziców bez uzgodnienia zabiera gdzieś dziecko. Jedyny plus z obecności detektywa w śledztwie to lepsze samopoczucie rodziców – czują się bezpieczniej, pewniej. Mają poczucie wpływu na przebieg śledztwa.
Będąc w służbie napisałem koncepcję użycia negocjatorów policyjnych jako ważnego elementu taktyki wykrywania uprowadzeń i szantażu. To negocjator powinien być przy rodzicach, a nie prywatny detektyw. Wpływałby stabilizacyjnie na ludzi, którzy są w strasznym stanie, i jednocześnie mógłby dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o rodzinie. Niestety, moja koncepcja została zaniechana.
Co sposób porwania dziecka – ogłuszenie matki w biały dzień w centrum miasta i zabranie dziewczynki z wózka – mówi o sprawcy? Takie działanie wskazuje na profesjonalistę?
- Trudno powiedzieć. Tak naprawdę nic nie wiemy o sprawcy. Dedukowanie na podstawie przekazów medialnych nie jest miarodajne. Trzeba jednak przyznać, że nie tak łatwo zadać cios, po którym człowiek od razu traci przytomność. Musiałby to być ktoś doświadczony, kto wie, w którą część głowy trzeba uderzyć. Jednak czy cios rzeczywiście padł z tyłu, jak mówi matka dziecka? Będzie można to stwierdzić dopiero po wynikach oględzin lekarskich, które precyzyjnie odnotują obrażenia, jakich doznała. One potwierdzą, czy matka mówi prawdę i uprawdopodobnią którąś z wersji przebiegu zdarzenia. Oczywiście można zbudować profil sprawcy po przebiegu przestępstwa - najpierw ustalamy modus operandi, sposób postępowania. To standard w pracy kryminalnej. Na tej podstawie można profilować przestępcę, ale najlepiej to wychodzi w filmach. W praktyce w takim profilu mieściłoby się bardzo dużo osób.
Jestem święcie przekonany, że jeśli nie było to porwanie dla zemsty, dziecko jest przetrzymywane w dobrych warunkachDariusz Loranty, były negocjator policyjny
Sugeruje pan, że profilowanie nie sprawdza się w praktyce i to tylko wytwór fabryki kryminałów rodem za oceanu.
- Aż tak bardzo nie jestem wrogiem profilowania. Przy negocjacjach jako jeden z niewielu w „stołecznej” korzystałem z profilowania. Wydaje mi się, że wiem, jaki w tej sprawie sporządzono profil. Trzeba jednak pamiętać, że profilowanie osobowości sprawdza się znacznie bardziej w przestępstwach powtarzalnych. Jedno zdarzenie nie dostarczy parametrów do zbudowania precyzyjnego profilu.
Z wózka oprócz dziecka zniknął też kocyk. Porywacz zabrał go z troski, by dziecko nie zmarzło? Czy na tej podstawie można uznać, że porywacz nie zamierza go skrzywdzić?
- Fakt, że sprawca wraz z dzieckiem zabrał z wózka kocyk, o niczym nie świadczy. Sprawca mógł wziąć kocyk odruchowo – jeśli dziecko było w niego zawinięte. Równie dobrze, może to wskazywać na to, że porywaczem była osoba zaburzona, która nie w pełni przygotowała się do przestępstwa, nie przewidziała, co zrobić z tym kocykiem. Jeżeli całe zdarzenie zostało wcześniej zaplanowane, to z całą pewnością porywacze przygotowali jedzenie i wszystko, czego potrzebuje tak małe dziecko, więc branie kocyka nie było potrzebne. Jestem święcie przekonany, że jeśli nie było to porwanie dla zemsty, dziecko jest przetrzymywane w dobrych warunkach.