O „prezydencie” Europy, wojnie histerii z minimalizmem i o krzyżu sędziów ze Strasburga z Kazimierzem Michałem Ujazdowskim rozmawia Jacek Dziedzina.
Jacek Dziedzina: Jak się Panu podobają pierwsi w historii Mister i Miss Europa?
Kazimierz Michał Ujazdowski: – Wybór tych osób – nikomu dotąd w Europie nieznanych – potwierdza tylko opinię, że przywódcy państw europejskich nie są gotowi na to, by tego typu misję powierzyć politykom obdarzonym silnym autorytetem i zdolnością do odgrywania roli przywódców. To jest świadomy wybór, który oznacza, iż kluczowe decyzje w Unii będą podejmowane przede wszystkim pod dyktando państw najsilniejszych. Należy jednak patrzeć na to ze spokojem, bo dopóki UE nie stanie się instytucją rzeczywiście wewnętrznie solidarną, to powierzanie ról przywódczych politykom o bardzo silnej pozycji nie byłoby właściwe.
Tylko że to było jedno ze sztandarowych haseł zwolenników jak najszybszej ratyfikacji traktatu: Europa potrzebuje silnego przywództwa. A tu – już przy pierwszym rozdaniu, w ustaleniach między sushi, kawiorem i kolejnym drinkiem – wybrano niewiele mówiące postaci.
– Z pewnością jest sprzeczność między zapowiedziami leżącymi u podstaw traktatu lizbońskiego, ideą silnej Europy jako podmiotu polityki międzynarodowej a tymi decyzjami. To pokazuje słabość Europy jako aktora polityki światowej. Jeśli Europa ma w przyszłości odgrywać rolę kreatywną, to powinna mieć zdolność do aktywnego działania jako całość. Przy czym proces odrodzenia się polityki europejskiej musi wiązać się z oparciem na dziedzictwie chrześcijańskim, na wewnętrznej solidarności i umiejętności działania jako całość. Dziś tej zdolności
UE nie posiada, pomimo tego, iż lada moment wejdzie w życie traktat lizboński. Zasada solidarności jest ciągle bardziej postulatem niż rzeczywistością.
Amerykanie ponoć narzekali, że nie mają jednego numeru telefonu do Europy. Funkcja „prezydenta” UE miała problem rozwiązać. Wyobraża Pan sobie jednak, że Obama będzie dzwonił do von Rompuya?
– Nie sądzę. Raczej nadal będą to telefony do kanclerz Merkel, prezydenta Sarkozy’ego i premiera Browna. Zresztą, siła Europy nie może leżeć tylko w osobie jednego przywódcy. Aby Europa była silna, nie może odwracać się od swojej kultury. Bez niej prowadzenie zintegrowanej polityki zagranicznej UE będzie bardzo trudne.
Nie ma Pan w takim razie poczucia, że ratyfikacja traktatu to porażka polskich elit politycznych, w tym również Pańskiego obozu, Polski Plus? Przecież były poważne wątpliwości i zastrzeżenia do tego kierunku integracji, miał je nawet prezydent, a jednak wszyscy poparli traktat lizboński. Owczy pęd pod dyktando silniejszych.
– Traktat lizboński mógł być lepiej wynegocjowany, gdyby elita państwowa w Polsce stała na wyższym poziomie i gdyby nie było tego drastycznego konfliktu na linii PiS–PO, który obniżał możliwości współdziałania w sprawach podstawowych. Problem Polski nie polega więc na tym, że nie potrafiła przeciwstawić się traktatowi, tylko że nie potrafiła wynegocjować znacznie lepszego kształtu tego dokumentu. A to już wynik braku determinacji, kompetencji i zaufania między PiS i PO. Polityka polska nie była zdolna do postawienia warunków w ostatniej fazie negocjowania kształtu traktatu. Mimo wszystko uważam, że Polska może w Unii odgrywać aktywną i korzystną rolę dla nas i dla Europy.
Nawet z traktatem z Lizbony?
– Nawet z nim, ale pod warunkiem, że nie będzie musiała dokonywać wyboru między histerią a minimalizmem. Polityką zagraniczną w Polsce rządzi na przemian histeria, która niczego nie wnosi, i minimalizm, który rezygnuje z walki o sprawy trudne. Minimalizm jest właściwością środowisk deklarujących się jako proeuropejskie. Polska nie ma aktywnej polityki europejskiej, dlatego że bardzo rzadko potrafi definiować i bronić swojego stanowiska i jednocześnie przyciągać partnerów z Unii. Nie prowadzimy polityki zasługującej na szacunek. Polityka zagraniczna stała się – jak wszystko w Polsce – przedmiotem zawziętego sporu partyjnego. Dwa najważniejsze stanowiska w państwie zajęte są przez twardych oponentów i rywali. Polityka w Polsce choruje na minimalizm z jednej i na histerię z drugiej strony.